Kasia od kilku lat marzyła o pieszym przejściu „Szlaku Orlich Gniazd” – trasy wiodącej śladami zamków należących w odległych czasach do dynastii Piastów, pierwszych królów i książąt Polski. Szlak zaczyna się w Krakowie, a kończy w Częstochowie. Po drodze mija się wiele malowniczych miejsc, niesamowitych formacji skalnych i oczywiście wspomniane warownie. Kasia dokładnie zaplanowała każdy punkt do zwiedzania, bo rejon Jury Krakowsko-Częstochowskiej kryje w sobie znacznie więcej atrakcji niż tylko same zamki. Plan był gotowy, noclegi zarezerwowane, humory dopisywały, a w głowach gościła ogromna ciekawość – czas zacząć naszą przygodę!
3 czerwca 2026 roku o godzinie 17:05 wyleciałem z lotniska Skellefteå w północnej Szwecji do Gdańska. Lot przebiegł jak zawsze bez zakłóceń, a ja w jego trakcie zacząłem skreślać kilka słów do tego posta. Na lotnisku w Gdańsku-Rębiechowie przywitała mnie żona. Po zrobieniu drobnych zakupów na podróż udaliśmy się do domu, aby jeszcze tego samego dnia spakować plecaki i przygotować dodatkowy sprzęt turystyczny.
Następnego dnia rozpoczęliśmy naszą wspólną podróż z Oliwy do Krakowa. Mieliśmy już kupione bilety na zwiedzanie Katedry na Wawelu. Jeśli zaczynać przygodę, to właśnie od tego wyjątkowego miejsca- Wzgórza Wawelskiego, które od wieków stanowi symbol polskiej państwowości i jedno z najważniejszych miejsc w historii kraju. To właśnie tutaj przez stulecia znajdowała się siedziba królów Polski, a zespół zamkowo-katedralny był świadkiem koronacji, królewskich ślubów oraz pochówków władców i wybitnych Polaków. Tym razem poprosiłem Kasię o zakup pełnych biletów, ponieważ chciałem ponownie zwiedzić tę świątynię od podziemi aż po wieżę widokową z Dzwonem Zygmunta. Kiedy byłem tu kilkanaście lat wcześniej, zwiedzanie ograniczyło się tylko do kilku miejsc.
Po intensywnym dniu udaliśmy się do klimatycznej arabskiej restauracji Abu Dhabi Oriental, gdzie czekała na nas prawdziwa uczta pełna orientalnych smaków i aromatów. Restauracja zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie, dlatego z przyjemnością możemy ją polecić wszystkim miłośnikom kuchni orientalnej odwiedzającym Kraków.
Po posiłku przyszedł czas na coś słodkiego. Po drugiej stronie ulicy zauważyliśmy długą kolejkę przed Pracownią Cukierniczą Stanisława Sargi – Lody Tradycyjna receptura. Lodziarnia znajduje się na krokowskim Kazimierzu przy ul. Starowiślnej 8. Zaciekawieni, postanowiliśmy sprawdzić, co przyciąga tam aż tylu ludzi. Jak się później okazało, trafiliśmy całkiem przypadkiem do prawdziwej krakowskiej legendy. To kultowa lodziarnia, doskonale znana mieszkańcom Krakowa już od lat 80., przed którą ustawiają się długie kolejki miłośników tradycyjnych lodów. Jej renoma wykracza jednak daleko poza granice miasta – w 2024 roku znalazła się na liście 100 najlepszych lodziarni świata.
Choć na swoją porcję czekaliśmy około 30 minut, ani przez chwilę nie żałowaliśmy tej decyzji. Lody okazały się wyśmienite – niezwykle kremowe, aksamitne, pełne naturalnego smaku i przygotowane według tradycyjnych receptur. Miejsce to możemy polecić każdemu odwiedzającemu Kraków.
Pierwszego dnia przeszliśmy około 14 km.
5 czerwca zaczęliśmy od śniadania w lokalnej kawiarni „Lajkonik”, którą Kasia uwielbia. Nie mogło zabraknąć jej ulubionej kremówki – od lat będącej jednym z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych wypieków tej sieci. Ja postawiłem na bardziej tradycyjne śniadanie i wybrałem smakowitą, świeżo przygotowaną kanapkę.
Następnie udaliśmy się na Nowy Kleparz, skąd podjechaliśmy kilka przystanków autobusem linii 337 do Przybysławic skąd udaliśmy się już pieszo do Zamku Korzkiew. Przed nami stało wielkie wyzwanie – przejście ponad 100 kilometrów piechotą przez lasy, bezdroża i parki narodowe. Sam byłem ciekawy, czy podołam temu wyzwaniu, mając na uwadze, że Kasia to prawdziwy, doświadczony piechur. Miało się to okazać już niebawem. Początkowo planowaliśmy obejrzeć go tylko z zewnątrz, ale na miejscu okazało się, że jest dostępny dla zwiedzających. Aktualnie zamek znajduje się w rękach prywatnych i jest sukcesywnie odbudowywany z prywatnych środków.
Historia Zamku Korzkiew:
Ta XIV-wieczna warownia rycerska stanowiła pierwotnie element systemu obronnego tzw. Orlich Gniazd. Założycielem zamku był Jan z Syrokomli, który wzniósł tutaj murowaną wieżę mieszkalno-obronną. Na przestrzeni wieków obiekt wielokrotnie zmieniał właścicieli i był przebudowywany, m.in. przez rody Ługowskich i Jordanów, zyskując cechy renesansowej rezydencji. Pod koniec XVIII wieku zamek zaczął podupadać i ostatecznie popadł w ruinę. Pod koniec XX wieku zakupił go prywatny inwestor, który podjął się rzetelnej i trwającej do dziś rekonstrukcji, przywracając budowli jej dawny blask.
Po wyjściu z zamku ruszyliśmy Doliną Prądnika przez Ojcowski Park Narodowy w kierunku Jaskini Ciemnej. Po drodze mijaliśmy malownicze formacje skalne, Źródełko Miłości oraz imponującą, wapienną Bramę Krakowską. Zanim jednak rozpoczęliśmy zwiedzanie jaskini, Kasia postanowiła wspiąć się na pobliski punkt widokowy, z którego roztaczał się przepiękna panorama okolicy, obejmującą wapienne ostańce, zalesione wzgórza oraz jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Ojcowskiego Parku Narodowego – Skałę Rękawicę, której niezwykły kształt od lat przyciąga uwagę turystów. Ja w tym czasie zrezygnowałem ze wspinaczki i mogłem podziwiać te malownicze widoki jedynie na zdjęciach zrobionych przez Kasię. Zwiedzanie jaskini z przewodnikiem okazało się strzałem w dziesiątkę. Nasz przewodnik nie tylko dysponował ogromną wiedzą, ale też z niesamowitym humorem opowiadał o nietoperzach, historii powstania jaskini, wykopaliskach, żyjących tu pajęczakach, a także o neandertalczykach, którzy zamieszkiwali te tereny tysiące lat temu. Muszę jednak przyznać, że stroma, leśna ścieżka prowadząca pod górę była dla mnie sporym wyzwaniem, a to był przecież dopiero początek.
Po wyjściu z jaskini skierowaliśmy się w stronę Zamku Kazimierzowskiego w Ojcowie. Zamek ten majestatycznie góruje nad całą doliną, a specjalna platforma widokowa gwarantuje spektakularną panoramę okolicy. Nie spędziliśmy tam jednak zbyt wiele czasu, ponieważ pogoda z minuty na minutę zmieniła się ze słonecznej w deszczową i wietrzną. Jak się okazało, do naszego drugiego noclegu mieliśmy jeszcze około 4,5 kilometra. Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, marzyłem już tylko o odpoczynku na łóżku.
Historia Zamku Kazimierzowskiego w Ojcowie:
Warownia została wzniesiona w XIV wieku przez króla Kazimierza Wielkiego jako istotny punkt obronny w pobliżu granicy ze Śląskiem. Według tradycji nazwa zamku, pierwotnie brzmiąca „Ociec u skały”, została nadana przez samego króla na pamiątkę tułaczki jego ojca, Władysława Łokietka. W XVII wieku zamek został zniszczony przez Szwedów, a późniejsze próby jego odbudowy przez ród Korycińskich nie powstrzymały postępującego niszczenia. W XIX wieku mury zostały częściowo rozebrane, pozostawiając jedynie charakterystyczną wieżę bramną, ośmioboczną wieżę obronną oraz fundamenty budynków mieszkalnych. Obecnie malownicze ruiny są udostępnione dla turystów i stanowią jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Ojcowskiego Parku Narodowego.
Tego dnia pokonaliśmy pieszo około 19,5 km.
6 czerwca pogoda była po prostu wyśmienita. Ruszyliśmy w stronę słynnej „Maczugi Herkulesa”, jednej z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Jury Krakowsko-Częstochowskiej, idąc przez urokliwe tereny wiejskie i lasy. Jest to imponujący, około 25-metrowy wapienny ostaniec skalny, który dzięki swojemu charakterystycznemu kształtowi przypomina olbrzymią maczugę wbitą w ziemię. Według legendy miał ją pozostawić sam Herkules, stąd wzięła się jej niezwykła nazwa.
Spod samej maczugi wdrapaliśmy się leśną ścieżką pod Zamek Pieskowa Skała. Na miejscu pasjonaci historii w replikach średniowiecznych strojów rozstawiali już swoje kramy na pokazy rycerskie. Zwiedzanie zamku rozpoczęliśmy z przewodnikiem, który zasypywał nas anegdotami oraz ciekawostkami dotyczącymi historii i wielokrotnej odbudowy obiektu przez kolejnych właścicieli.
Obeszliśmy zamek od piwnic aż po najwyższe kondygnacje, podziwiając zgromadzone tam cenne eksponaty. Warto dodać, że zamek stanowi obecnie oddział Zamku Królewskiego na Wawelu, co ma ogromny i bardzo korzystny wpływ na dbałość o zachowanie tego dziedzictwa narodowego.
Na zamku spędziliśmy sporo czasu, zachwycając się jego architekturą, atmosferą oraz wyśmienitym Pstrągiem Ojcowskim. Obiad zjedzony w restauracji na dachu, tuż przy murach obronnych, żywo przypomniał nam chwile spędzone w Stambule, gdy popijaliśmy herbatę i jedliśmy baklawę w pałacu sułtana z rozległym widokiem na Bosfor.
Historia, kino i legendy Zamku Pieskowa Skała:
Zamek Pieskowa Skała powstał w XIV wieku z inicjatywy Kazimierza Wielkiego jako strażnica strzegąca szlaku handlowego z Krakowa na Śląsk. Nazwa Pieskowa Skała wywodzi się najprawdopodobniej od średniowiecznego właściciela tych terenów – rycerza Piotra, zwanego „Pieszkiem” lub „Pieskiem”. Z czasem określenie „Pieskowa Skała” zaczęło odnosić się zarówno do charakterystycznej wapiennej skały, jak i wybudowanego na niej zamku. W XV wieku przeszedł w ręce potężnego rodu Szafrańców, którzy w kolejnym stuleciu przekształcili gotycką warownię we wspaniałą, renesansową rezydencję z pięknym arkadowym dziedzińcem. Wyjątkowa architektura i malownicze położenie sprawiły, że zamek stał się ulubieńcem filmowców – kręcono tu sceny do takich produkcji jak „Janosik”, „Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem”, „Stawka większa niż życie” czy „Ogniem i mieczem”. Z zamkiem wiąże się też mroczna legenda o Dorotce, jednej z córek rodu Tęczyńskich, która zakochała się w ubogim lutniście. Zazdrosny właściciel zamku kazał rozerwać jej ukochanego końmi, a ją samą wtrącił do zamkowej wieży (zwanej dziś Wieżą Dorotki), gdzie zmarła z głodu, a jej wierny pies próbował wdrapywać się po skałach, by podać jej resztki jedzenia. Do dziś mówi się, że jego duch błąka się po okolicznych skałach i ruinach zamku.
Skała powstał w XIV wieku z inicjatywy Kazimierza Wielkiego jako strażnica strzegąca szlaku handlowego z Krakowa na Śląsk. W XV wieku przeszedł w ręce potężnego rodu Szafrańców, którzy w kolejnym stuleciu przekształcili gotycką warownię we wspaniałą, renesansową rezydencję z pięknym arkadowym dziedzińcem. Wyjątkowa architektura i malownicze położenie sprawiły, że zamek stał się ulubieńcem filmowców – kręcono tu sceny do takich produkcji jak „Janosik”, „Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem”, „Stawka większa niż życie” czy „Ogniem i mieczem”. Z zamkiem wiąże się też mroczna legenda o Dorotce, jednej z córek rodu Tęczyńskich, która zakochała się w ubogim lutniście. Zazdrosny właściciel zamku kazał rozerwać jej ukochanego końmi, a ją samą wtrącił do zamkowej wieży (zwanej dziś Wieżą Dorotki), gdzie zmarła z głodu, a jej wierny pies próbował wdrapywać się po skałach, by podać jej resztki jedzenia – do dziś jego duch ma błąkać się po ruinach.
Mając na uwadze uciekający czas, zdecydowaliśmy się wsiąść w lokalny autobus i podjechać parę kilometrów do Olkusza, skąd wyruszyliśmy dalej pieszo w kierunku Zamku w Rabsztynie. Droga nie należała do najłatwiejszych, ponieważ częściowo biegła poboczem ruchliwej drogi krajowej, ale w końcu w oddali ujrzeliśmy sylwetkę warowni. Zamek w Rabsztynie to okazała budowla, na terenie której trwają zaawansowane prace rekonstrukcyjne. Po zakupieniu biletów weszliśmy na dziedziniec, a następnie wdrapaliśmy się na wieżę, z której roztaczał się niesamowity widok po sam horyzont. Stojąc tam, od razu zrozumieliśmy, dlaczego wzniesiono tu zamek – to była genialna strategicznie lokalizacja. Po spacerze udaliśmy się na nocleg do zajazdu „Podzamcze”, który znajdował się u podnóża wzgórza zamkowego. Po krótkim odpoczynku poszliśmy na kolację, by spróbować lokalnych przysmaków. Nie mogłem się oprzeć i skosztowałem wyrobów z lokalnego browaru oraz tradycyjnego zakwasu. Były zupełnie inne w smaku niż te oferowane na Pomorzu – naprawdę warto było spróbować!
Historia Zamku w Rabsztynie:
Początki zamku wznoszącego się na wapiennym wzgórzu sięgają XIII wieku, kiedy istniała tu drewniana warownia, zastąpiona później przez Kazimierza Wielkiego obiektem murowanym. Pod koniec XVI wieku zamek został rozbudowany w stylu renesansowym przez ród Bonerów, tracąc swój surowy, wyłącznie obronny charakter na rzecz okazałego zamku dolnego. Niestety, w czasie potopu szwedzkiego w 1657 roku wycofujące się wojska wroga spaliły i doszczętnie zniszczyły warownię. Od tamtej pory obiekt pozostawał w ruinie, jednak w ostatnich latach podjęto intensywne prace zabezpieczające oraz częściową rekonstrukcję, w tym odbudowę bramy i wieży, która służy dziś jako wspaniały taras widokowy.
Przeszliśmy około 12,5 km.
7 czerwca ruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się ku zamkowi Bydlin. Tego dnia czekał nas spokojny, około 16-kilometrowy marsz. Mieliśmy mnóstwo czasu na rozmowy, spacerując niespiesznie przez lasy i ukwiecone łąki. Na miejscu zastaliśmy niestety tylko skromne, choć klimatyczne ruiny. Nasz kolejny nocleg znajdował się około 2,7 kilometra od zamku, w gospodarstwie agroturystycznym, które kiedyś funkcjonowało jako PGR. Trzeba przyznać, że dopadało nas wielkie szczęście, ponieważ udało nam się dotrzeć pod dach dosłownie chwilę przed potężną burzą. Sam obiekt okazał się bardzo przestrzenny i oferował wszystko, czego zmęczony turysta mógł potrzebować.
Historia ruin Zamku w Bydlinie:
Obiekt w Bydlinie powstał na przełomie XIV i XV wieku, najprawdopodobniej jako rycerska wieża obronna wzniesiona przez Niemierzę z Galowa. Pod koniec XVI wieku ówcześni właściciele, ród Firlejów, podjęli nietypową decyzję i przekształcili obronną budowlę w kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża. Świątynia została zniszczona przez Szwedów w XVII wieku, a choć później ją odbudowano, w XVIII wieku została ostatecznie opuszczona i popadła w ruinę. Na początku XX wieku, podczas I wojny światowej, wzgórze zamkowe stało się polem bitwy pod Krzywopłotami, a w starych murach legioniści komendanta Piłsudskiego okopali się i stoczyli krwawy bój z wojskami rosyjskimi.
Tego dnia pokonaliśmy około 18 km.
W poniedziałek 8 czerwca mieliśmy do pokonania około 14 kilometrów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ruin strażnicy w Ryczowie. Szczerze mówiąc, niewiele z niej zostało – oprócz kilku ścian wznoszących się na szczycie niedostępnej skały nie było tam nic więcej. Jednak kawałek dalej czekała na nas znacznie ciekawsza atrakcja: Ostaniec Dupnica. To spektakularna formacja skalna, wewnątrz której miał znajdować się tunel. Skała była ukryta na samym szczycie w głębi lasu, a podejście z ciężkimi plecakami okazało się niezwykle strome i wymagające. Ja wybrałem trasę po prawej stronie ostańca, a Kasia po lewej. Spotkaliśmy się na samej górze, skąd rozpościerał się niesamowity widok – panorama całej okolicy po prostu nas urzekła!
Głównym punktem tego dnia był jednak legendarny Zamek Ogrodzieniec. Warto przy tym wspomnieć, że mimo swojej nazwy zamek nie znajduje się w samym Ogrodzieńcu, lecz w położonej tuż obok wsi Podzamcze. Już samo jego położenie robi ogromne wrażenie – warownia została wzniesiona na najwyższym wzniesieniu Jury Krakowsko-Częstochowskiej, na skale wapiennej, otoczonej charakterystycznymi jurajskimi ostańcami. To właśnie one nadają temu miejscu niepowtarzalny, niemal baśniowy krajobraz. Jeszcze zanim dotarliśmy pod mury, zza jednego z wapiennych ostańców wyłoniła się imponująca sylwetka ruin. Ten pierwszy widok zrobił na nas ogromne wrażenie
Zanim jednak ruszyliśmy odkrywać zamek, zatrzymaliśmy się w karczmie zamkowej, gdzie zjedliśmy i spróbowaliśmy piw z lokalnego Browaru na Jurze z Zawiercia. Szczególnie przypadły nam do gustu oryginalne smaki – orzeźwiające Jurajskie Mojito oraz klasyczne Jurajskie Jasne Pełne.
Teraz już doskonale rozumiem, dlaczego jest tak sławny i przyciąga tłumy turystów. To potężna, wręcz zapierająca dech w piersiach forteca, która jest obecnie poddawana częściowej rekonstrukcji i pracom konserwatorskim. Nic dziwnego, że obiekt ten wielokrotnie gościł ekipy filmowe. Kręcono tu m.in. „Zemstę” Andrzeja Wajdy, „Janosika”, a także międzynarodowe produkcje, jak netflixowy „Wiedźmin”, gdzie zamek zagrał twierdzę Sodden Hill. Trasa zwiedzania jest świetnie zorganizowana – obowiązuje jeden, jasno wyznaczony kierunek poruszania się. Pokonanie jej bywa momentami wymagające ze względu na strome i wąskie schody, ale przejście całości, w tym wieży widokowej i komnat filmowych, daje ogromną satysfakcję.
Historia ruin Zamku Ogrodzieniec:
Wybudowany w XIV wieku przez ród Włodków herbu Sulima, ten potężny zamek stanowi największą i najbardziej imponującą budowlę obronną na Szlaku Orlich Gniazd. W XVI wieku twierdzę przejął niezwykle zamożny ród Bonerów, który przekształcił surowy gotycki zamek w monumentalną, renesansową rezydencję, często nazywaną „małym Wawelem”. Kres świetności Ogrodzieńca przyniósł potop szwedzki oraz kolejny pożar w 1702 roku wzniecony przez wojska Karola XII, po których zamek nigdy już nie podniósł się z ruin. Po II wojnie światowej obiekt został znacjonalizowany, a podjęte prace zabezpieczające uchroniły go przed całkowitym zniszczeniem, tworząc jedną z największych atrakcji turystycznych w Polsce.
Kasia jeszcze tego samego dnia miała siłę, by ruszyć na dalsze odkrywanie okolicy. Podzamcze to niewielka, licząca zaledwie kilkuset mieszkańców wieś, jednak dzięki Zamkowi Ogrodzieniec jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pierwszym celem było Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej. To urokliwe miejsce kultu powstało przy niewielkiej kaplicy wzniesionej na wapiennej skale. Kasia zdobyła jeszcze wzgórze Suchy Połeć, z którego roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na Zamek Ogrodzieniec, Podzamcze oraz otaczające je wapienne ostańce. Z tej perspektywy doskonale widać, jak średniowieczna warownia wpisuje się w jurajski krajobraz. Na zakończenie Kasia wybrała się jeszcze na około 2,5-kilometrowy spacer do samego Ogrodzieńca.
Ja zostałem w hotelu Gościniec Pod Lilijką, położonym tuż przy Placu Jurajskim – centralnym punkcie Podzamcza. Znajdują się tu ławki, zadbana zieleń i przestrzeń do relaksu, a uwagę przyciągają liczne rzeźby. Najbardziej charakterystyczna przedstawia legendarnego czarnego psa z Podzamcza. Według miejscowej legendy jest to upiorny, ogromny pies z płonącymi oczami, ciągnący za sobą ciężki łańcuch i pilnujący ukrytych pod zamkiem skarbów. Nocne spotkanie z nim miało zwiastować nieszczęście lub śmierć. Obok psa ustawiono również figury dwóch zakapturzonych mnichów, które nawiązują do licznych jurajskich legend i tajemnic otaczających zamek.
Wieczorem wybraliśmy się na świetny obiad do restauracji „Stodoła”, również mieszczącym się przy Placu Jurajskim. Oprócz pysznego jedzenia moją uwagę przykuła niesamowita wystawa starych, świetnie zachowanych radioodbiorników. Udało mi się nawet uciąć miłą pogawędkę z właścicielem tej kolekcji, co było fantastycznym akcentem na koniec dnia.
Tego dnia Kasia przeszła ponad 22 km, ja o około 6 km mniej.
Szósty dzień marszu rozpoczęliśmy od podejścia pod wspaniały Okiennik Wielki. To kolejna niesamowita formacja skalna, na którą – ku mojemu zaskoczeniu – wchodziło mi się już znacznie łatwiej. To był trzeci dzień, kiedy z wdzięcznością doceniałem kije trekkingowe; okazały się gigantyczną pomocą przy podejściach i schodzeniu ze stromych szczytów. Niemalże pod same skały podjechaliśmy lokalnym transportem z Podzamcza, jadąc przez Zawiercie i Kromołów aż do Skarżyc. Warto tu zaznaczyć, że w małych, lokalnych firmach przewozowych wciąż trzeba mieć przy sobie gotówkę, by opłacić bilet. Nie sposób też nie wspomnieć o ogromnej uprzejmości i gościnności tutejszych mieszkańców – ani razu się na nich nie zawiedliśmy.
Następnym punktem na trasie były ruiny zamku Bąkowiec w Morsku, które obecnie znajdują się na terenie ośrodka wypoczynkowego „Morsko Plus”. Po krótkim odpoczynku i wypiciu kawy w lokalnym barze ruszyliśmy w kierunku oddalonego o około 3 kilometry Hotelu Ostrowiec w Kroczycach. Wieczór spędziliśmy na spacerze po okolicy oraz na kolacji w restauracji, mając – ku naszemu rozbawieniu – całą salę wyłącznie dla siebie.
Historia ruin Zamku Bąkowiec w Morsku:
Początki tej warowni, mistrzowsko wtopionej w wapienną skałę, sięgają XIV wieku, kiedy to prawdopodobnie król Kazimierz Wielki wzniósł tu pierwsze drewniano-murowane fortyfikacje obronne. W kolejnych stuleciach zamek przeszedł w ręce rodu Włodków, a następnie zamożnej rodziny Bonerów, która przekształciła go w silną, murowaną twierdzę rodową. Podobnie jak większość okolicznych warowni, zamek ucierpiał i popadł w ruinę w XVII wieku, głównie za sprawą zniszczeń dokonanych podczas potopu szwedzkiego. Ciekawym zwrotem w jego historii był rok 1927, kiedy to wzgórze z ruinami kupił architekt Witold Czeczott, wznosząc tuż przy dawnej baszcie unikalny dom mieszkalny z wykorzystaniem zamkowych murów. Obecnie te malownicze, surowe ruiny znajdują się na terenie prywatnego ośrodka wypoczynkowego, stanowiąc intrygujące połączenie dawnej obronnej potęgi z nowoczesną rekreacją.
Szóstego dnia przeszliśmy około 11,7 km.
10 czerwca ruszyliśmy dalej zamówioną wcześniej taksówką w stronę Zamku Bobolice. Podróż minęła w bardzo miłej atmosferze, a kierowca wysadził nas pod samymi kasami biletowymi. Podjąłem decyzję o podjechaniu tego odcinka, mając na uwadze planowany na ten dzień 24-kilometrowy marsz oraz ból w lewej kostce, której nie chciałem dodatkowo przeciążać. Zwiedzanie zaczęliśmy od całkowicie odbudowanego Zamku Bobolice, gdzie przewodnik oprowadził nas po zamkowych komnatach. Mogliśmy zapoznać się tam z bogatymi zbiorami historycznymi, poznać dzieje obiektu oraz zobaczyć małą, klimatyczną kaplicę. Po godzinie ruszyliśmy w stronę bliźniaczego zamku, idąc Grzędą Mirowską. Ten skalny grzbiet to prawdziwa perełka całej trasy – pełna dzikich róż, spektakularnych ostańców i zapierających dech w piersiach widoków. Po 20 minutach marszu dotarliśmy do ruin zamku w Mirowie, który jest obecnie odbudowywany przez tych samych właścicieli, którzy przywrócili blask warowni w Bobolicach.
Historia Zamków w Bobolicach i Mirowie:
Oba te bliźniacze zamki, oddalone od siebie o zaledwie krótki spacer, zostały wzniesione w XIV wieku przez Kazimierza Wielkiego jako kluczowe elementy systemu obronnego granicy państwa. Zamek w Bobolicach często zmieniał właścicieli, a po potopie szwedzkim popadł w całkowitą ruinę, z której na początku XXI wieku podniosła go rodzina Laseckich, dokonując bezprecedensowej, pełnej rekonstrukcji na podstawie zachowanych planów. Sąsiedni Zamek w Mirowie miał podobną historię – początkowo jako strażnica, z czasem rozbudowana przez rody Myszkowskich i Korycińskich. Szwedzi zniszczyli go w XVII wieku tak dotkliwie, że jego odbudowa okazała się wówczas nieopłacalna. Obecnie ci sami prywatni inwestorzy prowadzą w Mirowie precyzyjne prace zabezpieczające i rekonstrukcyjne, ratując te piękne, surowe ruiny przed całkowitym zniszczeniem.
Następnie skierowaliśmy się w stronę miejscowości Żarki, do której mieliśmy około 8 kilometrów. Dzień był wyjątkowo słoneczny, a trasa biegła malowniczym szlakiem turystycznym, na którym na szczęście można było co jakiś czas znaleźć miejsce na odpoczynek. Zatrzymywaliśmy się dwukrotnie – raz, by dać odpocząć nogom, a drugi raz na obiad w formie pikniku, chowając pod wiatą turystyczną przed przechodzącą burzą. Wieczorem zameldowaliśmy się w obiekcie „Przystań Marywil”, po czym odwiedziliśmy Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej w Żarkach. To niezwykle uroczy, doskonale utrzymany przez zakonników teren, na który składa się kompleks parkowy oraz zabytkowy kościół.
Historia Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej:
Początki tego sanktuarium sięgają XIV wieku i według legendy wiążą się z księciem Władysławem Opolczykiem. Książę, podróżując z Rusi i wioząc ze sobą cudowny obraz Matki Bożej Częstochowskiej, zatrzymał się w tym miejscu, cierpiąc z powodu dokuczliwego upału i braku wody. Po żarliwej modlitwie ze schowanej w zaroślach skały nagle wytrysnęło czyste źródło, które bije do dzisiaj. W dowód wdzięczności książę pozostawił na miejscu drewnianą figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem, która dziś znajduje się w ołtarzu głównym kościoła, opiekuńczo zarządzanego od początku XVIII wieku przez zakon paulinów.
Tego dnia udało nam się przejść aż 20,7 km.
11 czerwca rano ruszyliśmy lokalnym busem z Żarek do Suliszowic, skąd przeszliśmy pieszo około 4 kilometrów na Pustynię Siedlecką. To niewielki, ale niezwykle urokliwy obszar lotnych piasków ukryty pośród jurajskich wzgórz i lasów. Choć nazwa może sugerować rozległą pustynię, w rzeczywistości jest to niewielka śródlądowa wydma, która powstała po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia. Przez stulecia teren pozostawał bezleśny dzięki działalności człowieka – intensywnemu wypasowi zwierząt i wycince lasów. Obecnie większość dawnych piasków ponownie zarasta roślinnością.
Następnie lokalnym transportem przejechaliśmy z przystanku Siedlec-Piekła do Olsztyna, gdzie wznoszą się monumentalne ruiny jednego z najpiękniej położonych zamków na Szlaku Orlich Gniazd. Warownia została zbudowana na wapiennym wzgórzu i doskonale wtapia się w otaczające ją imponujące jurajskie ostańce. Już z daleka prezentuje się niezwykle malowniczo, dominując nad okolicą.
Zamek w Olsztynie to bez wątpienia jedna z największych ikon całego Szlaku Orlich Gniazd. Podobnie jak inne warownie na naszej trasie, ten zamek również urzekł filmowców – kręcono tu sceny do kultowego „Janosika” oraz filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie”. Trasa zwiedzania prowadzi przez malownicze ruiny. Na terenie zamku można zajrzeć do Baszty Studziennej oraz wspiąć się na wieżę, z której roztacza się rozległa panorama Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Przy dobrej pogodzie na horyzoncie można dostrzec nawet zabudowania Częstochowy. Wśród wapiennych skał i ruin znaleźliśmy zaciszne miejsce na niewielki piknik. Po krótkim odpoczynku i posiłku mogliśmy ruszyć na dalsze odkrywanie tajemnic zamku.
Historia ruin Zamku w Olsztynie:
Olsztyńska warownia powstała w XIV wieku z inicjatywy Kazimierza Wielkiego i przez lata była jedną z najpotężniejszych twierdzy na pograniczu polsko-śląskim. Zamek zasłynął bohaterską obroną w 1587 roku, kiedy to starosta Kasper Karliński odmówił poddania twierdzy wojskom arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, mimo że wróg wystawił na pierwszą linię frontu jako żywą tarczę jego własnego syna. Podobnie jak większość Orlich Gniazd, zamek został zniszczony i splądrowany podczas potopu szwedzkiego, a jego mury w kolejnych stuleciach częściowo rozebrano na budowę okolicznych domów. Do dziś nad okolicą dumnie góruje charakterystyczna, cylindryczna baszta, będąca trwałym symbolem potęgi dawnej Rzeczypospolitej.
Wieczór spędziliśmy w bardzo miłej atmosferze na patio niewielkiego domku z pokojami gościnnymi Wywiałowo, położonego u samego podnóża zamku. Degustowaliśmy kolejne piwa z Browaru na Jurze z Zawiercia – tym razem sięgnęliśmy po inne warianty niż wcześniej – a także spróbowaliśmy kilku piw z innych regionalnych browarów.
Ostatniego dnia wędrówki pokonaliśmy około 11,4 km.
W piątek 12 czerwca ruszyliśmy spod zamku w Olsztynie miejskim transportem bezpośrednio do Częstochowy. Po około 25 minutach byliśmy na dworcu centralnym, skąd po kolejnych 15 minutach spaceru dotarliśmy pod mury Jasnej Góry. Przeszliśmy przez bramę klasztorną do bazyliki, a chwilę później znaleźliśmy się w Kaplicy Matki Bożej przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej z Dzieciątkiem. Na Jasnej Górze spędziliśmy około dwóch godzin, zwiedzając różne zakątki tego historycznego kompleksu
Kasia nie byłaby jednak sobą, gdyby nie postanowiła zdobyć również jasnogórskiej wieży. Na szczyt prowadzi aż 519 schodów, ale wysiłek zdecydowanie się opłaca. Najpierw pomachała mi z niższego tarasu widokowego, by po kilku minutach pojawić się jeszcze wyżej – na najwyższym tarasie udostępnionym zwiedzającym. Z wysokości ponad stu metrów roztacza się imponująca panorama Częstochowy i okolic.
Duże wrażenie zrobiły na Kasi także bogato zdobione suknie okrywające cudowny obraz Matki Bożej i Dzieciątka Jezus. Szczególnie zachwyciła ją słynna bursztynowo-brylantowa Suknia Zawierzenia, wykonana przez gdańskiego artystę-złotnika i bursztynnika Mariusza Drapikowskiego. Powstała w 2005 roku z okazji 350. rocznicy obrony Jasnej Góry przed wojskami szwedzkimi, jako dziękczynienie za pontyfikat św. Jana Pawła II oraz dla upamiętnienia 25. rocznicy powstania „Solidarności”. Misternie wykonana z bursztynu i ozdobiona tysiącami brylantów należy do najpiękniejszych i najbardziej rozpoznawalnych sukien zdobiących jasnogórski wizerunek.
Jasna Góra – historia i zwiedzanie:
Klasztor na Jasnej Górze został założony w 1382 roku przez paulinów sprowadzonych z Węgier przez księcia Władysława Opolczyka. Świątynia stała się najważniejszym miejscem kultu maryjnego w Polsce dzięki cudownemu obrazowi Matki Bożej Częstochowskiej, który według tradycji miał namalować św. Łukasz Ewangelista. Klasztor przeszedł do historii dzięki legendarnej, zwycięskiej obronie przed potopem szwedzkim w 1655 roku, którą dowodził przeor Augustyn Kordecki. Dziś pielgrzymi i turyści mogą zwiedzić nie tylko samą Kaplicę Cudownego Obrazu i barokową Bazylikę, ale również Skarbiec pełen wotów dziękczynnych, Salę Rycerską, Muzeum 600-lecia, Arsenal oraz bastionowe mury obronne, z których roztacza się widok na Częstochowę.
Na zakończenie wizyty na Jasnej Górze zajrzeliśmy jeszcze do sklepu z dewocjonaliami, gdzie kupiliśmy kilka drobnych pamiątek, które będą nam przypominać o tym wyjątkowym miejscu.
W godzinach popołudniowych wybraliśmy się na obiad do restauracji „Kredens”, gdzie zamówiliśmy tradycyjną roladę śląską. Muszę przyznać, że tak doskonałej rolady jeszcze w życiu nie jadłem – to był kulinarny strzał w dziesiątkę! Na uroczyste zwieńczenie całej naszej trasy zaprosiłem Kasię do kawiarni na pyszne ciasto, kawę i herbatę.
Tego dnia także długość naszej trasy się różniła. Ja przeszedłem około, 11,8 km, natomiast Kasia 13,9 km.
W sobotę 13 czerwca wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Z Częstochowy wyjechaliśmy pociągiem z przesiadką w Warszawie. Podróż minęła zaskakująco szybko – przez większość czasu wspominaliśmy minione dni, dzieliliśmy się wrażeniami z odwiedzonych miejsc i wybieraliśmy nasze ulubione momenty całej wyprawy.
Po powrocie do domu czekała na mnie jeszcze jedna, wspaniała niespodzianka urodzinowa, ale to już zupełnie inna historia.
W sobotę 13 czerwca wróciliśmy do domu, gdzie czekała na mnie jeszcze jedna, wspaniała niespodzianka urodzinowa.
Przejście Szlaku Orlich Gniazd było dla nas zupełnie nowym doświadczeniem, ponieważ nigdy wcześniej nie próbowaliśmy tej formy podróżowania i długodystansowego trekkingu. W trakcie tej wyprawy pokonaliśmy pieszo około 150 kilometrów z Krakowa do Częstochowy, co dało nam ogromną satysfakcję i poczucie sportowego sukcesu. Najwspanialszym elementem tej przygody była możliwość bezpośredniego obcowania z historią – dynamiczna zmiana krajobrazu, zjawiskowe ostańce wapienne i wyrastające z nich zamki pozwalały nam namacalnie poczuć klimat dawnej Polski. Odkrywanie Jury z perspektywy własnych nóg, zmaganie się z kaprysami pogody oraz testowanie lokalnych przysmaków stworzyły unikalny miks, który udowodnił nam, że wolne i uważne podróżowanie to najpiękniejszy sposób na poznawanie świata. Ta trasa pokazała nam, że prawdziwa przygoda i spektakularne widoki są na wyciągnięcie ręki.
4-13 czerwca 2026