Jeszcze przed wschodem słońca samolot wystartował z Gdańska w stronę Stockholm Arlanda. Na lotnisku miałam spotkać się z Andrzejem, który przylatywał z Luleå. Po wylądowaniu musiałam chwilę poczekać – z niecierpliwością stałam przy bramce przylotów, wypatrując znajomej sylwetki. Nie spodziewał się, że zobaczy mnie od razu po wyjściu z samolotu, więc moment naszego spotkania był tym bardziej wyjątkowy.

Po szybkim powitaniu ruszyliśmy w stronę terminali 2 i 3, skąd odjeżdżał Flixbus do centrum miasta. Przy okazji „zwiedziliśmy lotnisko” – przejście z terminala 5 zajmuje około 30 minut. Pogoda niestety była koszmarna: deszcz ze śniegiem, silny wiatr i przenikliwe zimno. Parasol okazał się absolutnym zbawieniem – dobrze, że go zabrałam.

Po dotarciu do T-Centralen kupiliśmy 24-godzinny bilet na komunikację miejską. Metrem pojechaliśmy do Brommaplan, a następnie autobusem do Drottningholm, gdzie znajduje się pałac Drottningholms Slott. Rezydencja położona jest malowniczo nad jeziorem Mälaren – jednym z największych jezior Szwecji, którego wody otaczają wyspy i półwyspy, tworząc niezwykle harmonijny krajobraz.

Sam pałac zachwyca elegancką, barokową architekturą inspirowaną francuskimi wzorcami. Jego historia sięga XVII wieku, kiedy został wzniesiony na polecenie królowej Hedwigi Eleonory. Pałac pełni dziś funkcję oficjalnej rezydencji szwedzkiej rodziny królewskiej i jest wpisany na listę UNESCO. Został uhonorowany tym tytułem ze względu na doskonale zachowane wnętrza, autentyczną architekturę rezydencji królewskiej oraz wyjątkowe ogrody i założenia parkowo-rezydencjonalne, które stanowią wzorcowy przykład europejskiego barokowego dziedzictwa kulturowego.

Wnętrza zrobiły na nas ogromne wrażenie – bogato zdobione sale, sztukaterie, obrazy i historyczne meble przenoszą w czasie. Szczególnie zapadła mi w pamięć królewska sypialnia z imponującym łożem z baldachimem należącym do królowej.Andrzejowi bardzo przypadła do gustu niesamowita biblioteka z bogato zdobionymi książkami.

Po zwiedzaniu, gdy tylko przestało padać, wybraliśmy się na spacer po ogrodach. Założenie parkowo-rezydencjonalne jest imponujące – geometryczne aleje, równo przystrzyżone drzewa i żywopłoty tworzą idealnie symetryczną kompozycję. Choć pogoda nie dopisała, łatwo było sobie wyobrazić, jak pięknie musi tu być późną wiosną, latem czy jesienią. Już teraz wiedzieliśmy, że chcemy tu wrócić przy bardziej sprzyjającej aurze.

Do centrum wróciliśmy tą samą drogą i rozpoczęliśmy zwiedzanie „dolnego” miasta. Sztokholmskie metro uchodzi za najdłuższą galerię sztuki na świecie – ponad 90 stacji ozdobionych jest instalacjami artystycznymi. Jako pierwszą odwiedziliśmy stację T-Centralen na niebieskiej linii. Była to pierwsza stacja metra w Sztokholmie, na której pojawiły się dzieła sztuki – jej charakterystyczne biało-niebieskie malowidła na surowej skale tworzą niezwykły klimat. Ściany zostały pomalowane w roślinne motywy przez artystę Per Olofa Ultvedta, a przejście między peronami zdobią ilustracje przedstawiające ludzi, którzy faktycznie pracowali przy budowie stacji. Podobno Ultvedt ustawił robotników pod światło tak, by rzucały cienie na ścianę – dzięki temu mógł wiernie odwzorować ich sylwetki i oddać realny obraz pracy przy budowie metra.

Spacerując ulicami, natrafiliśmy na współczesną kariatydę – gigantyczną rzeźbę dziewczyny przed wejściem do centrum handlowego Mood, która przyciągnęła uwagę swoją nowoczesną, nieco surrealistyczną formą.

Kolejnym punktem była Östermalms Saluhall – historyczna hala targowa z XIX wieku, będąca prawdziwą świątynią szwedzkiej kuchni. Została otwarta w 1888 roku i do dziś zachwyca swoją architekturą – z zewnątrz przypomina ceglany budynek w stylu neogotyckim, a wewnątrz znajdują się stylowe drewniane stoiska. To miejsce od lat słynie z najwyższej jakości produktów – od świeżych ryb i owoców morza, przez mięsa i sery, aż po tradycyjne wypieki i lokalne specjały. To właśnie tutaj spróbowaliśmy duńskich kanapek – ja z wołowiną, Andrzej z krewetkami – do tego kieliszek wina. Było pysznie i bardzo klimatycznie.

Odwiedziliśmy też butik Caroline Svedbom – marki znanej z ręcznie wykonywanej biżuterii zdobionej kryształami. To szwedzka marka założona przez projektantkę Caroline Svedbom, która zdobyła popularność dzięki połączeniu klasycznej elegancji z wyrazistym, często kolorowym wzornictwem. Biżuteria powstaje ręcznie, z dbałością o każdy detal, a charakterystycznym elementem są wysokiej jakości kryształy oraz złocone lub posrebrzane wykończenia. Marka łączy tradycyjny skandynawski design z śródziemnomorską estetyką, widoczną w bogatszych formach, intensywnych kolorach i dekoracyjnym charakterze biżuterii. To właśnie od Andrzeja dostałam pierwszy naszyjnik tej marki na Boże Narodzenie, a tym razem podarował mi piękną bransoletkę z niebieskimi kryształami.

Kolejne stacje metra również zrobiły na nas ogromne wrażenie. Östermalmstorg (linia czerwona) zachwyca artystycznym wykończeniem – betonowe ściany peronu zdobią rysunki i napisy o tematyce społecznej i muzycznej, autorstwa Siri Derkert z 1965 roku.

Stadion to jedna z pierwszych stacji jaskiniowych w Sztokholmie, oddana do użytku w 1973 roku. Jej wnętrze wyciosano w skale, a jasny błękit i tęcza namalowana na skalnej grocie przypominają, że niedaleko nad nimi jest niebo – symboliczny „okruszek nieba” w podziemnym świecie. Tęcza symbolizuje równość, pokój i otwartość miasta, przyciągając wzrok każdego podróżnego.

Natomiast Slussen to stacja nazwana od znajdującej się w pobliżu śluzy (szw. sluss, -en), która oddziela Saltsjön (część Morza Bałtyckiego) od jeziora Mälaren. Stacja wyróżnia się bardziej nowoczesnym charakterem i surową estetyką – betonowe i żelazne elementy konstrukcyjne nadają jej minimalistyczny wygląd. Perony zostały artystycznie oddzielone żelaznymi przegrodami zaprojektowanymi przez Aston Forsberga w 1964 roku.

Wieczorem dotarliśmy do hotelu Citybox Stockholm – sprawdzonego miejsca o świetnej lokalizacji, tuż obok stacji metra Slussen, i bardzo dobrym stosunku ceny do jakości.

Następny dzień rozpoczęliśmy spacerem po północno-wschodniej części Södermalm. Koniecznie chciałam pokazać Andrzejowi tę część miasta, którą odkryłam podczas mojego poprzedniego pobytu. Bastugatan i Pryssgränd to urokliwe, spokojne uliczki z drewnianą zabudową i ogrodami. Mariahissen – zabytkowa winda – oraz Mariaberget oferują spektakularne widoki na miasto. Hornsgatspuckeln, czyli charakterystyczne wzniesienie ulicy Hornsgatan, dodaje temu miejscu wyjątkowego klimatu. Z punktów widokowych Monteliusvägen i Mariaberget rozpościera się panorama na Gamla Stan, Kungsholmen i wody otaczające wyspy. Widok jest absolutnie zachwycający – szczególnie przy odpowiednim świetle.

Ponadto na skrzyżowaniu Hornsgatan i Mariatorget znajduje się unikalna sygnalizacja świetlna – tzw. „tęczowe” światła dla pieszych, nazywane samkönade trafikljus (światła jednopłciowe). Zamiast klasycznej jednej postaci, pokazują pary tej samej płci trzymające się za ręce. To niewielki, ale bardzo znaczący detal – miasto chciało w ten sposób podkreślić, że Sztokholm jest miejscem otwartym i przyjaznym, a także zwrócić uwagę na prawa społeczności LGBT. To ciekawy przykład połączenia sztuki ulicznej z codzienną infrastrukturą miasta.

Po śniadaniu ruszyliśmy dalej – odwiedziliśmy stację Kungsträdgården, znaną jako podziemny ogród sztuki, najgłębiej położoną stację metra w Sztokholmie i jednocześnie jedną z najpiękniejszych. Jej nazwa, „Kungsträdgården” – Ogród Królewski, pochodzi od jednego z najstarszych parków publicznych w mieście, znajdującego się tuż nad stacją. Otwartą w 1977 roku stację wyróżnia odsłonięta, naturalna skała harmonijnie łącząca się z kolorowymi mozaikami, a w przestrzeni stacji można zobaczyć elementy dawnych budynków odkryte podczas prac budowlanych – stare posągi, rzeźbione kolumny i inne detale architektoniczne. Kolory stacji – zielony, czerwony i biały – nawiązują do barokowego ogrodu, a autorem projektu artystycznego jest Ulrik Samuelson.

Następnie popłynęliśmy promem z Strömkajen do Vaxholm. Rejs trwał około 50 minut i pozwolił nam podziwiać miasto z poziomu wody oraz archipelag sztokholmski. Niestety po dotarciu na miejsce pogoda gwałtownie się pogorszyła. Vaxholm to urokliwe miasteczko z kolorową zabudową, kościołem, starą remizą strażacką i ratuszem. Na pobliskiej wysepce znajduje się twierdza Vaxholms Kastell – dawna fortyfikacja broniąca dostępu do Sztokholmu.

Deszcz i wiatr skutecznie pokrzyżowały nasze plany. Gdy wiatr szarpał parasolem, wykręcając go na drugą stronę, czym prędzej wsiedliśmy na pierwszy prom do miasta, ogrzewając się herbatą i cynamonowymi bułeczkami. Koniecznie trzeba tu wrócić, gdy będą lepsze warunki pogodowe, aby móc w pełni cieszyć się urokiem wyspy. Tym razem wysiedliśmy na przystanku Slussen, skąd mieliśmy już tylko parę kroków do hotelu.

Po krótkim odpoczynku wybraliśmy się do restauracji Meatballs for the People – kultowego miejsca serwującego tradycyjne szwedzkie klopsiki, m.in. z łosia, renifera czy jelenia. Podawane były klasycznie, z puree ziemniaczanym, borówką, marynowanymi ogórkami i aromatycznym sosem. Dochodząc do lokalu już z daleka było widać kolejkę do wejścia – nic dziwnego, w końcu to miejsce cieszy się ogromną popularnością i uznaniem zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów. Całe szczęście nie musieliśmy długo czekać, a że akurat nie padało, nie trzeba było rozkładać parasola. Jak zwykle było pysznie.

Następnie udaliśmy się do jednego z ulubionych muzeów Andrzeja – Fotografiska, czyli muzeum fotografii współczesnej. Mieliśmy okazję zobaczyć wystawę Elliotta Erwitta zatytułowaną Through the Playful Eyes of Elliott Erwitt (Przezabawne oczy Elliota Erwitta). Retrospektywa w Fotografiska Stockholm oddaje hołd jednemu z najbardziej wnikliwych i dowcipnych spojrzeń w historii fotografii. Wystawa gromadzi ponad 100 zdjęć z siedmiu dekad kultowej twórczości Erwitta, w których drobne chwile codziennego życia ukazane są w sposób pełen ciepła, ironii i człowieczeństwa. Zdjęcia prezentowane są tematycznie w seriach takich jak „Miasta”, „Pomiędzy płciami”, „W odniesieniu do kobiet”, „Dzieci”, „Na plaży”, „Osobowości”, „Oglądanie w muzeum”, „Abstrakcja” oraz „Psy”.

Poniedziałek wielkanocny rozpoczęliśmy wizytą na cmentarzu Skogskyrkogården, wpisanym na listę UNESCO. To wyjątkowe miejsce powstało na początku XX wieku (budowę rozpoczęto w 1917 roku) według projektu architektów Gunnara Asplunda i Sigurda Lewerentza. Zostało wpisane na listę UNESCO jako unikatowy przykład harmonijnego połączenia architektury z naturą – nekropolia została zaprojektowana tak, aby nie dominować nad krajobrazem, lecz współistnieć z nim w sposób niemal symboliczny. Minimalistyczne kaplice, proste formy i układ przestrzenny wpisany w naturalny, leśny teren wyznaczyły nowe standardy w projektowaniu cmentarzy na całym świecie i stały się inspiracją dla kolejnych realizacji.

Spoczywa tu m.in. Greta Garbo – legendarna aktorka kina, pochodząca ze Szwecji, jedna z największych gwiazd złotej ery Hollywood. Urodzona w Sztokholmie, zdobyła międzynarodową sławę dzięki rolom w takich filmach jak „Anna Karenina”, „Królowa Krystyna” czy „Dama kameliowa”. Jej lata świetności przypadały na lata 20. i 30. XX wieku. Po śmierci została pochowana właśnie tutaj, w ojczyźnie, zgodnie ze swoim pochodzeniem i symbolicznym powrotem do miejsca, z którego pochodziła.

Odwiedziliśmy też kolejne stacje metra: Solna Centrum i Rådhuset. Solna Centrum to jedna z jaskiniowych stacji, której czerwone sklepienie symbolizuje zachód słońca. Pierwotny projekt Andersa Åberga i Karl-Olova Björka miał przywoływać wieczorne niebo nad zielonym lasem świerkowym, jednak po pomalowaniu stacja wydawała się pusta i niedokończona. Dlatego na ścianach pojawiły się motywy związane z szwedzką polityką środowiskową lat 70., ukazujące wylesianie, rozwój osiedli przemysłowych i niszczenie przyrody. Rådhuset, kolejna stacja jaskiniowa, wzięła swoją nazwę od pobliskiego sądu rejonowego (rådhus). Skałę pokryto tutaj ceglasto-czerwoną farbą, której odcień zmienia się w zależności od kąta patrzenia, a struktura skały daje wrażenie kłębiącego się ognia. Stacja została otwarta w 1975 roku, a za jej projekt odpowiada Sigvard Olsson

Popołudniem wybraliśmy się do Kungliga Operan. Początki opery w Szwecji sięgają XVIII wieku – pierwsze przedstawienie operowe wystawiono w 1773 roku z inicjatywy króla Gustawa III, który uznawany jest za twórcę szwedzkiej tradycji operowej. To właśnie on założył Królewską Operę i uczynił ją ważnym ośrodkiem kultury w kraju.

Sam budynek opery łączy klasyczną fasadę z bardziej nowoczesnym wnętrzem foyer. Widownia i scena są jednak utrzymane w stylu barokowym – bogato zdobione, z lożą królewską i doskonałą akustyką, która sprawia, że każde przedstawienie robi ogromne wrażenie.

Oglądaliśmy „Madame Butterfly” – operę Giacoma Pucciniego. Już od pierwszych chwil, gdy kurtyna się uniosła, było prawdziwe „wow” – scenografia stała na najwyższym poziomie, a japońskie domy wyglądały tak, jakby zostały przeniesione wprost z kraju kwitnącej wiśni. Najważniejsze elementy spektaklu – muzyka, śpiew, scenografia, choreografia i gra aktorska – tworzyły spójną, niezwykle poruszającą całość. Śpiewacy nie tylko imponowali techniką, ale także głęboką emocjonalnością – ich głosy wielokrotnie wywoływały ciarki na moim ciele. Finał, jak zawsze, był niezwykle wzruszający – trudno było powstrzymać łzy. Andrzej również był zachwycony operą i już wiemy, że na pewno jeszcze wybierzemy się na spektakl w Kungliga Operan.



Po przedstawieniu spacerem przez Gamla Stan wróciliśmy do hotelu. Wąskie, brukowane uliczki starego miasta, oświetlone ciepłym światłem latarni, miały w sobie coś niezwykle klimatycznego. Co chwilę zaglądaliśmy do małych sklepików z pamiątkami – bardziej po to, by na moment się ogrzać niż coś kupić.

Ostatniego dnia odwiedziliśmy Skansen – muzeum na świeżym powietrzu prezentujące tradycyjne życie w Szwecji. To niezwykłe miejsce, w którym można zobaczyć historyczne zabudowania z różnych regionów kraju – od wiejskich chat, przez warsztaty rzemieślnicze, po miejskie kamienice. Spacerując między nimi, można zajrzeć do wnętrz urządzonych zgodnie z dawnymi realiami, spotkać rzemieślników przy pracy, a także zobaczyć zwierzęta występujące na terenie Skandynawii, m.in. łosie, renifery, rysie, jenoty. Andrzejowi najbardziej do gustu przypadł wybieg z Rysiami z pięknymi zimowymi futrami oraz majestatyczne Żubry. Było na co podziwiać 

W okresie wielkanocnym wybrane zabudowania ożywają jeszcze bardziej – można spotkać osoby w strojach z epoki, które opowiadają o szwedzkich tradycjach świątecznych. My mieliśmy okazję wysłuchać opowieści o zwyczajach związanych z Wielkim Piątkiem. Tego dnia nie wolno było pracować ani wykonywać ciężkich obowiązków, dzieci nie mogły się bawić, panowała powaga i wyciszenie. Wierzono także, że jest to czas szczególny – pełen dawnych przesądów, związanych m.in. z siłami nadprzyrodzonymi, dlatego unikano hałasu i starano się spędzać go spokojnie, w gronie najbliższych.

Zachwyciły mnie szczególnie wyroby ze szkła z lokalnej huty – istne małe dzieła sztuki. Tym razem, tak jak sobie obiecałam, kupiłam piękne niebieskie serce, które podarowałam „na dłoni” Andrzejowi.

Na zakończenie zjedliśmy obiad w restauracji Mae Thai River – serwującej autentyczne smaki Tajlandii i duże porcje. Wnętrze przypominało tajską dżunglę – było kolorowo, bujnie i egzotycznie, pełne roślinności oraz dekoracji, które przenosiły nas do Azji.

Na lotnisku kupiliśmy jeszcze ulubione czekolady Marabou i żelki w puszce z Pippi. Pożegnanie przy bramce C37 było trudne – ja wracałam do Polski, Andrzej do Luleå.

To był intensywny, pełen wrażeń wyjazd – mimo kapryśnej pogody udało nam się zobaczyć wiele wyjątkowych miejsc, poczuć klimat miasta i spędzić razem piękny czas. Sztokholm jak zawsze zachwycił – swoją architekturą, naturą, sztuką i atmosferą. Byłam tu już chyba 10 razy, a jeszcze jest tyle miejsc do zwiedzenia.

 

4-7 kwietnia 2026

Możesz również cieszyć się: