Są takie wyjazdy, których wcale nie trzeba planować z wielkim rozmachem. Wystarczy wolny dzień, dobra pogoda i ochota, żeby trochę pochodzić. I właśnie taki był nasz wrześniowy wypad do Jastrzębiej Góry. 12 września, skoro świt, ruszyliśmy z Kielna we dwójkę – ja i moja Kasia. Cel był prosty: Jastrzębia Góra, Rozewie i kilka godzin spokojnego spacerowania nad Bałtykiem.
Pogoda od początku zapowiadała się znakomicie. Było ciepło, spokojnie i praktycznie bezwietrznie. Nawet droga okazała się wyjątkowo łaskawa. Kto jeździ w kierunku Władysławowa i Helu, ten wie, że samochody potrafią skutecznie popsuć humor jeszcze przed dotarciem nad morze. Tym razem jednak ruch był niewielki.
Za Puckiem odbiliśmy w lewo, przejechaliśmy przez tory i od tej strony dotarliśmy do Jastrzębiej Góry. Zostawiliśmy samochód i dalej już ruszyliśmy na własnych nogach.
Jastrzębią Górę odwiedzaliśmy już wcześniej, ale przecież nad morze można wracać wiele razy i za każdym razem zobaczyć coś trochę inaczej. Przeszliśmy przez miejscowość i skierowaliśmy się w stronę nadmorskiego lasu oraz klifu. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Gwiazdy Północy – obelisku wskazującego najbardziej na północ wysunięte miejsce Polski.
Na tablicy znajdziemy współrzędne: 54°50′08″ N – 18°18′10″ E
Gwiazda Północy powstała z inicjatywy Towarzystwa Miłośników Jastrzębiej Góry i dziś jest jednym z najbardziej charakterystycznych punktów miejscowości. Niby tylko punkt na mapie, kilka cyfr i obelisk, ale świadomość, że stoi się na samym północnym krańcu Polski, ma w sobie coś przyjemnego.
Dalej ruszyliśmy nadmorskim lasem, wzdłuż wysokiego brzegu Bałtyku. To właśnie takie odcinki lubimy najbardziej – bez pośpiechu, bez konkretnej godziny dotarcia do celu. Las, morze gdzieś poniżej i spokojny wrześniowy dzień. Nie całą trasę udało się nam przejść tak, jak planowaliśmy. W pewnym miejscu leśne przejście kończyło się przy prywatnej posesji, więc musieliśmy cofnąć się w stronę głównej drogę. Kierunek jednak pozostawał bez zmian – Rozewie i latarnia morska.
Po drodze pojawił się jeszcze jeden ciekawy ślad historii tych okolic – pomnik związany z królem Zygmuntem III Wazą i jego domniemanym lądowaniem w pobliżu Lisiego Jaru.
Z tym miejscem związana jest opowieść, którą warto potraktować bardziej jako piękną lokalną legendę niż bezsporny fakt historyczny.
Zygmunt III Waza był już wówczas królem Polski, a po śmierci ojca odziedziczył również prawa do szwedzkiego tronu. W 1594 roku został koronowany w Uppsali na króla Szwecji. Z jego podróżami pomiędzy Szwecją a Polską wiąże się historia o sztormie, podczas którego królewski statek miał znaleźć się w niebezpieczeństwie w okolicach Rozewia. Według miejscowej tradycji król miał dostać się na brzeg, a następnie przejść właśnie przez Lisi Jar. Co ciekawe, źródła historyczne nie są w tej kwestii zgodne. Pojawia się zarówno rok 1594, który utrwalił się w lokalnej tradycji, jak i rok 1598, związany z kolejną wyprawą Zygmunta III Wazy do Szwecji. Dlatego najlepiej zostawić trochę miejsca dla legendy. Jedno jest pewne – historia królewskiego lądowania na dobre wpisała się w opowieść o Jastrzębiej Górze.
Obelisk upamiętniający to wydarzenie postawiono w okresie międzywojennym. Został zniszczony podczas II wojny światowej, a wiele lat później odtworzony dzięki staraniom lokalnej społeczności.
W końcu dotarliśmy do jednego z głównych punktów naszej wycieczki – latarni morskiej w Rozewiu. Biały dół, czerwona górna część wieży i konstrukcja wystająca wysoko ponad drzewa powodują, że trudno pomylić ją z czymś innym.
Rozewie ma zresztą nie jedną, lecz dwie latarnie. Starsza, dzisiejsza Rozewie I, została uruchomiona w 1822 roku. W 1875 roku dołączyła do niej druga latarnia. Przez 35 lat obie świeciły jednocześnie. Było to bardzo praktyczne rozwiązanie – dwa światła pozwalały marynarzom odróżnić Rozewie od innych punktów nawigacyjnych na wybrzeżu.
W 1910 roku starszą latarnię zmodernizowano i podwyższono. Otrzymała elektryczne źródło światła oraz charakterystyczny błysk, a druga latarnia przestała być potrzebna i została wyłączona. Dziś możemy wejść na Rozewie I i spojrzeć na okolicę z góry. Przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy tego dnia, widok zdecydowanie wynagradza pokonywanie kolejnych stopni.
W oddali była także druga latarnia Rozewia II. Uruchomiono ją 1 stycznia 1875 roku, a wyłączono w 1910 roku. Później pełniła między innymi funkcję punktu obserwacyjnego.
Na dole zajrzeliśmy również do zabudowań dawnego kompleksu latarni. Szczególnie ciekawa okazała się maszynownia. Po modernizacji z 1910 roku pracowały tutaj urządzenia wytwarzające energię elektryczną potrzebną latarni. Ale samo światło nie zawsze wystarczało. Co bowiem zrobić, kiedy nad Bałtykiem pojawiała się gęsta mgła i światła latarni po prostu nie było widać? Wtedy do akcji wkraczał nautofon – system ostrzegania dźwiękiem. Sygnał niósł się w stronę morza i ostrzegał statki znajdujące się w pobliżu niebezpiecznego brzegu. Rozewski kompleks posiadał zarówno maszynownię, jak i syrenownię, a urządzenia maszynowni zasilały również nautofony. Dzisiaj ogląda się te urządzenia jak muzealne eksponaty. Kiedyś od ich sprawności mogło zależeć bezpieczeństwo ludzi znajdujących się na morzu.
Po latarniach przyszedł czas na miejsce zupełnie inne – Motylarnię w Rozewiu.
Po wejściu od razu zmienia się klimat. Dosłownie. Robi się ciepło i wilgotno, a dookoła swobodnie latają egzotyczne motyle z różnych części świata.
Na początku usłyszeliśmy kilka słów o motylach oraz o tym, jak zachowywać się w środku, żeby przypadkiem nie zrobić im krzywdy. A później można już było spokojnie chodzić, oglądać i fotografować. Motyle nie miały zresztą najmniejszego zamiaru trzymać się od nas z daleka. Siadały na rękach, ramionach, nogach, a nawet na naszych głowach. I chyba właśnie dlatego z Motylarni mamy jedne z najbardziej sympatycznych zdjęć z całego wyjazdu.
Bardzo przyjemne miejsce i takie, które spokojnie możemy polecić innym – nie tylko dzieciom.
Z Rozewia ruszyliśmy z powrotem w stronę Jastrzębiej Góry, ale po drodze mieliśmy jeszcze jeden obowiązkowy punkt – Lisi Jar.
To niewielki, ale bardzo malowniczy wąwóz prowadzący w kierunku morza. Dziś ma około 350 metrów długości, choć według opisów kiedyś ciągnął się znacznie dalej. Przez lata Bałtyk robił jednak swoje i abrazja brzegu stopniowo go skracała. Zbocza jaru dochodzą miejscami do około 50 metrów wysokości i porastają je stare buki.
Ścieżka jest bardzo przyjemna, są poręcze i miejsca ułatwiające przejście, a dookoła właściwie cały czas otacza nas las. A skoro to Lisi Jar, to wypadałoby spotkać lisa…
I coś lisiego rzeczywiście udało nam się wypatrzyć. Przynajmniej tak nam się wydaje. 🙂
Z Lisiego Jaru zeszliśmy nad Bałtyk i dalszą część drogi pokonaliśmy już plażą w stronę centrum Jastrzębiej Góry.
I chyba właśnie ten fragment najlepiej oddawał charakter całego naszego wyjazdu. Bez pośpiechu.
Wrzesień nad morzem ma swój urok. Sezon powoli się kończy, ludzi jest znacznie mniej, a jeśli trafi się taki dzień jak nam – słoneczny, ciepły i prawie bezwietrzny – można jeszcze przez chwilę udawać, że lato wcale się nie skończyło. Na plaży było trochę spacerowiczów. Niektórzy po prostu siedzieli i korzystali ze słońca, inni – podobnie jak my – szli przed siebie.
Najpierw w słońcu, później trochę w cieniu. Morze obok, piasek pod nogami i Jastrzębia Góra coraz bliżej.
Po spacerze należała nam się nagroda. Wróciliśmy do centrum i znaleźliśmy polecaną kawiarnię. Kasia wybrała dobre ciasto i herbatę, ja oczywiście kawę. No i lody -waniliowe obowiązkowo, bo te uwielbiam. Do tego, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, coś owocowego – chyba wiśnia. Po takim spacerze smakowało wszystko jeszcze lepiej. Na koniec zostało nam trochę zwyczajnego wakacyjnego kręcenia się po sklepikach z pamiątkami. Z takich miejsc staramy się nie przywozić połowy dostępnego asortymentu. Mamy swoją zasadę – magnes wystarczy. Mały, nie zajmuje wiele miejsca, a później wystarczy spojrzeć na kolekcję, żeby przypomnieć sobie miejsca, w których byliśmy razem.
Jastrzębia Góra oczywiście też musiała do niej dołączyć. I można wracać…
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę domu. Tym razem główną drogą. Samochodów było już trochę więcej niż rano, ale nadal jechało się spokojnie. I właściwie taki był cały ten dzień. Spokojny. Nie była to wielka wyprawa na drugi koniec świata. Nie potrzebowaliśmy samolotu, tygodnia urlopu ani szczegółowego planu rozpisanego od rana do wieczora.
Po prostu we dwoje pojechaliśmy nad Bałtyk. Była Gwiazda Północy, nadmorski las, klify, dwie latarnie w Rozewiu, trochę historii, setki kolorowych skrzydeł w Motylarni, zielony Lisi Jar i długi spacer plażą.
Czasami naprawdę niczego więcej nie potrzeba.
12.09.2026