Rok 2025 zapisał się w naszej pamięci jako czas intensywny, różnorodny i bardzo emocjonalny – pełen kultury, podróży małych i wielkich, zachwytów, wzruszeń, ale też odważnych decyzji i życiowych zmian. To był rok, w którym jeszcze mocniej poczuliśmy, że droga jest tak samo ważna jak cel, a wspólne przeżycia zostają z nami na długo.
Chyba stało się już tradycją, że rok zaczynamy bardzo „kulturalnie”. Najpierw pojechaliśmy do Gdańska, do klubu B90, na koncert Blindead 23. Surowa, industrialna przestrzeń stoczniowa idealnie współgrała z ciężkim, hipnotycznym brzmieniem zespołu. Było głośno, intensywnie i autentycznie – atmosfera niemal fizycznie wibrowała w powietrzu. Następnie po raz pierwszy przekroczyliśmy progi Studia Buffo w Warszawie. Musical „Romeo i Julia” okazał się prawdziwą ucztą dla zmysłów – piękna opowieść o miłości, nowoczesna forma, emocje podane z rozmachem. Ten kulturalny ton roku dopełniły kolejne wizyty w teatrach i operach. W Operze Bałtyckiej obejrzeliśmy „Madamę Butterfly” – spektakl przejmujący i subtelny, przesycony melancholią, której emocjonalny ciężar jeszcze długo pozostawał w sercu. W Teatrze Muzycznym w Gdyni zachwyciło nas „Quo vadis” – monumentalne widowisko zrealizowane z ogromnym rozmachem, w nowoczesnej, burleskowej formie; to było prawdziwe „wow” i bez wątpienia wydarzenie, na którym po prostu trzeba być. Z kolei w Operze Bałtyckiej, zobaczyliśmy „Króla Rogera” – spektakl mistyczny, niepokojący i głęboko poruszający, w którym muzyka i symbolika działały niemal hipnotycznie, a emocje narastały z każdą kolejną sceną.
W lutym pojawił się też akcent bardziej „praktyczny” – targi BUDMA w Poznaniu – przestrzeń nowoczesnych technologii, architektury i inspiracji, zupełnie inna energia, ale równie ciekawa.
22 lutego przeżyliśmy coś zupełnie nowego: noworoczny bal myśliwski w „Panu Tadeuszu”. Nasz pierwszy bal – elegancja, pyszne jedzenie, wyjątkowa atmosfera. Kulminacją był pieczony dzik wjeżdżający przy dźwiękach myśliwskiego hejnału dokładnie o północy – moment symboliczny i niezapomniany.
Wiosną przyszedł czas na najważniejszy wyjazd roku – Maderę. Od zawsze marzyłam, by zobaczyć tę „wyspę wiecznej wiosny”. Było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam – tropikalnie, zielono, intensywnie i smacznie. Zachwyciły nas lokalne potrawy: espetada, bolo de mel, banany, a także lokalny napój alkoholowy poncha i wino Madeira. Wykwintny obiad u Churchilla w Câmara de Lobos smakował jak spełnienie marzeń, a widok z tarasu restauracji na miasto i ocean jak z obrazów Churchilla. Były zjazdy wiklinowymi saniami – toboganami w Funchal, naturalne baseny lawowe w Porto Moniz, kolejka linowa w Achadas da Cruz, trekking na Półwysep św. Wawrzyńca oraz absolutny hit – wschód słońca na Pico do Areeiro (1817 m n.p.m.). Widoki zapierały dech w piersiach, a w głowie pojawiła się myśl: chcę tu wrócić i przejść cały szlak PR1.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Edynburg– miłość od pierwszego spojrzenia. Kamienna architektura, magia historii, Full Scottish Breakfast z haggisem (tradycyjną potrawą z podrobów, owsa i przypraw), Victoria Street inspirowana Pokątną, cmentarz Greyfriars Kirkyard, widoki z Calton Hill… To miasto ma duszę. Wiem, że jeszcze tu wrócimy – a mnie już wtedy zamarzył się szkocki tweed.
W kolejnych miesiącach coraz częściej odkrywaliśmy to, co blisko. Wybraliśmy się na Szlak Kępy Redłowskiej, gdzie klify, plaże i morenowe wzgórza tworzą niezwykle malowniczy krajobraz – Andrzej był tu po raz pierwszy i był autentycznie zachwycony tym miejscem. Odwiedziliśmy również Rezerwat Żurawie Błota, w którym cisza, groty i dzika natura pozwalają na chwilę wyciszenia i prawdziwy kontakt z przyrodą. Zwiedziliśmy także Dwór Artusa – miejsce pełne historii i dawnej świetności Gdańska, gdzie przez wieki spotykali się kupcy i elity miasta, a w Muzeum Bursztynu zachwyciła nas ilość i różnorodność eksponatów.
Wiosną także obejrzeliśmy długo wyczekiwany spektakl w Teatrze Wybrzeże, „Wyzwolenie” w reżyserii Jana Klaty. Od momentu, gdy zobaczyłam zwiastun, wiedziałam, że muszę zobaczyć to przedstawienie. Spektakl okazał się odważną, zaskakującą interpretacją dramatu Stanisława Wyspiańskiego, pełną współczesnych odniesień i mocnych, nieoczywistych środków wyrazu. To nie była łatwa opowieść, lecz właśnie dzięki temu skłaniała do refleksji nad wolnością, tożsamością i kondycją współczesnego człowieka.
Jednym z najważniejszych dni w całym roku był 13 czerwca, w którym świętowaliśmy 50. urodziny Andrzeja. Chciałam, aby ten dzień był czymś więcej niż tylko uroczystym obiadem, dlatego zamieniłam go w kulinarną podróż do Wietnamu – zapowiedź marzeń i planów, które dojrzewały w nas od dawna. Niestety nie mogliśmy w tym roku wyjechać do Azji, ale na pewno w niedalekiej przyszłości się tam wybierzemy. Wracając do 13 czerwca. Zamówiłam orientalne potrawy z restauracji Good Morning Wietnam, a stół nakryłam tradycyjną japońską porcelaną, która pięknie dopełniła azjatycki klimat. Urodzinowy obiad zjedliśmy w altanie ogrodowej, udekorowanej symbolami Wietnamu, Laosu i Kambodży, co stworzyło niezwykle nastrojową, niemal podróżniczą scenografię. Prezenty miały wymiar nie tylko materialny, ale przede wszystkim emocjonalny – literatura podróżnicza o Wietnamie, Laosie i Kambodży oraz szczegółowo przygotowany plan 30-dniowej wyprawy po tych krajach. Reakcja Andrzeja była bezcenna – ogromne zaskoczenie, wzruszenie i cisza, która mówiła więcej niż słowa. To był dzień pełen emocji, bliskości i wspólnych marzeń, bez wątpienia jeden z najważniejszych dni w całym 2025 roku.
Częścią celebracji urodzin była motocyklowa wyprawa do Szwecji. Dla mnie była to pierwsza taka podróż na dwóch kołach i od razu poczułam, czym jest prawdziwa swoboda drogi – wiatr we włosach i zmieniające się krajobrazy. Przemierzaliśmy południową Szwecję, odwiedzając m.in. Karlskronę, Ronneby, Karlshamn, Åhus, Kristianstad, wyspę Ivö, Växjö i Kosta, a także Grönåsens Älgpark, gdzie spotkanie z łosiami było prawdziwą atrakcją. Ponownie wróciliśmy też na Ölandię. Trafiliśmy na okres midsommar, pogoda dopisała, a choć początkowo mocno wiało, nie odebrało nam to ani radości z jazdy.
Na początku lata do naszych wspólnych wspomnień dołączył jeszcze jeden, bardzo ważny i rodzinny akcent. Razem z Andrzejem i jego córką Mileną wybraliśmy się na wycieczkę, która łączyła historię, naturę i tradycję regionu. Odwiedziliśmy monumentalną katedrę w Pelplinie – prawdziwą perłę gotyku i jedną z najważniejszych świątyń w Polsce. Szczególną uwagę przyciąga imponujący, bogato zdobiony ołtarz główny – jeden z największych w Europie. Następnie wybraliśmy się na spacer po parku dendrologicznym w Wirtach – najstarszym arboretum w Polsce. Warto podkreślić, że arboretum najpiękniej prezentuje się w dwóch porach roku. Wiosną zachwyca okazała kolekcja rododendronów i azalii. Jesienią natomiast Wirty stają się prawdziwym spektaklem kolorów: liście drzew przebarwiają się na odcienie złota, miedzi i głębokiej czerwieni, tworząc niezwykle malowniczy, niemal baśniowy krajobraz. Naszą letnią wyprawę dopełniła wizyta w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich – miejscu absolutnie wyjątkowym i niezwykle ważnym dla kaszubskiej kultury. To najstarszy skansen w Polsce, który w niezwykle autentyczny sposób opowiada historię dawnej wsi pomorskiej.
Kolejna motocyklowa przygoda prowadziła przez Juchowo, Chwarszczany, Kostrzyn nad Odrą, Rurkę. Głównym celem była tajemnicza kaplica templariuszy, miejsce pełne historii i symboliki. Po drodze zatrzymaliśmy się na farmie w Juchowie, skąd przywieźliśmy lokalnie wyrabiane sery – absolutnie przepyszne i warte każdego kilometra. To była moja druga wyprawa motocyklowa i utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten sposób podróżowania daje wyjątkowe poczucie bliskości z trasą i odwiedzanymi miejscami.
Osobnym, bardzo poruszającym doświadczeniem był jednodniowy wypad na Mazury, tym razem w wyjątkowym, rodzinnym składzie – razem z Andrzejem i moją córką Zosią. Odwiedziliśmy Wilczy Szaniec, miejsce mroczne i naznaczone tragiczną historią II wojny światowej. Następnie pojechaliśmy do śluz w Leśniewie Górnym, imponującego zabytku hydrotechniki, który robi wrażenie swoją skalą i precyzją wykonania.
Nasze lokalne wędrówki uzupełniła wizyta w dworku Wybickich w Sikorzynie. To właśnie tu urodził się Józef Wybicki, autor „Mazurka Dąbrowskiego”, a sam dwór – pieczołowicie odrestaurowany – zyskał nowe życie, nie tracąc przy tym swojego dawnego ducha. Spacerując po wnętrzach i otaczającym go parku, można było poczuć atmosferę minionych epok. Na szczególne uznanie zasługuje właściciel obiektu, któremu należą się ogromne gratulacje za odwagę, wizję i determinację – to on kupił dwór i własnym wysiłkiem podjął się jego renowacji, tchnąc w to miejsce nową energię.
W sierpniu, wyruszyliśmy na południe Polski – na Śląsk i do Małopolski. W Bielsku-Białej odwiedziliśmy Centrum Bajki i Animacji OKO oraz przeszliśmy Szlak Bajek, a ja z ogromną radością pokazałam Andrzejowi moją ulubioną secesyjną kamienicę „Pod Żabami”, która od lat niezmiennie mnie zachwyca. Zdjęcia z bajkowymi postaciami były obowiązkowe, podobnie jak lody i desery w Café Oskar – szczególnie że upał dawał się we znaki. Bardzo poruszającym momentem była wizyta w Auschwitz-Birkenau, pełna ciszy, zadumy i melancholii.
Później przyszedł czas na lżejsze, ale równie intensywne emocje – wystawa Harry’ego Pottera, jama smocza w Krakowie i smok ziejący ogniem. Kraków jak zawsze mnie oczarował – to miasto, do którego uwielbiam wracać i które uważam za jedno z najpiękniejszych w Polsce. Odwiedziliśmy też Park Gródek w Jaworznie oraz Pustynię Błędowską, która zaskakuje swoją skalą i krajobrazem. Ten wyjazd był niezwykłym balansowaniem pomiędzy dziecięcą radością a trudną historią – dokładnie między bajką a rzeczywistością.
W sierpniu także zwiedzaliśmy Teatr Szekspirowski w Gdańsku – nowoczesny, a jednocześnie głęboko zakorzeniony w tradycji. Monumentalna, surowa bryła z ruchomym dachem skrywa wnętrze inspirowane elżbietańskimi teatrami. Misją teatru jest dialog między klasyką a współczesnością oraz przybliżanie twórczości Szekspira w nowoczesnych interpretacjach. To miejsce robi ogromne wrażenie i zdecydowanie warto je odwiedzić, nawet poza spektaklem.
We wrześniu wybraliśmy się na urodzinowy wyjazd na Warmię, odkrywając jej prawdziwe skarby: Lidzbark Warmiński, Frombork, Ornetę, Krosno i Pasłęk. Szczególnie mocno poruszyło mnie Sanktuarium w Krośnie, miejsce pełne ciszy i duchowej głębi, a także Frombork z niezapomnianym koncertem organowym, który wprowadził nas w niezwykle podniosły nastrój. Nocowaliśmy w Hotelu Krasickiego w Lidzbarku Warmińskim – eleganckim, klimatycznym miejscu z doskonałą kuchnią. Pyszna kolacja, strefa spa i wieczorna dyskoteka sprawiły, że wyjazd miał zarówno spokojny, jak i radosny charakter. To miejsce, do którego z pewnością jeszcze wrócimy.
Jednym z najbardziej wyrazistych kulinarnych doświadczeń 2025 roku było także moje urodzinowe spotkanie, podczas którego postanowiłam zaserwować gościom jeden z najbardziej kontrowersyjnych szwedzkich „przysmaków” – kiszone śledzie, czyli słynny surströmming. Fermentowane śledzie podawane są tradycyjnie na cienkim, chrupkim pieczywie tunnbröd, z masłem, ziemniakami, drobno krojoną cebulą, kwaśną śmietaną i koperkiem – dodatki mają łagodzić smak i zapach ryby, choć nie zawsze do końca się to udaje.
Surströmming uchodzi za kulinarne wyzwanie nawet dla Szwedów. Jego zapach bywa porównywany do intensywnych francuskich serów pleśniowych, jednak dla większości osób skojarzenie jest znacznie mniej poetyckie – wielu twierdzi, że przypomina woń kanalizacji. Już samo otwieranie puszki wywołało salwy śmiechu, a gdy zapach dotarł do stołu, pojawiła się lekka panika. Nie bez powodu tę potrawę otwiera się na świeżym powietrzu – i my również trzymaliśmy się tej tradycji. Nie wszyscy odważyli się spróbować; ci, którzy się skusili, potraktowali to jak prawdziwą podróż kulinarną.
To doświadczenie z pewnością zostanie w pamięci na długo.
W tym miesiącu ponownie zawitaliśmy do Sztokholmu, miasta, które chyba najczęściej odwiedzam poza Polską. Tym razem wybraliśmy się na koncert organowy w kaplicy zamkowej, który zachwycił akustyką i atmosferą. Nie zabrakło też kulinarnych przyjemności – klopsików z łosia i renifera w Meatballs for the People oraz obowiązkowych cynamonowych bułeczek w Café Velvet. Następnego dnia Andrzej poleciał do Piteå w sprawach służbowych – wtedy jeszcze owianych tajemnicą – a ja oddałam się dalszej eksploracji miasta. Odkryłam Mariaberget, taras widokowy z przepiękną panoramą Sztokholmu, oraz odwiedziłam najstarszy kościół w mieście, w którym znajduje się imponująca rzeźba św. Jerzego walczącego ze smokiem.
Jesień upłynęła pod znakiem teatru, muzyki i refleksji. Najpierw z moją przyjaciółką Karoliną wybrałyśmy się na babski weekend do Łodzi. W Teatrze Muzycznym obejrzałyśmy musical „Mamma Mia!” – energetyczny, pełen hitów ABBY, świetnie zagrany i doskonale przyjęty przez publiczność. Z okazji 80-lecia Muminków odwiedziłyśmy także Muzeum Kinematografii, gdzie przygotowano niezwykle klimatyczną wystawę poświęconą tym bohaterom – pełną ilustracji, rekwizytów i nostalgii, która przenosiła w świat dzieciństwa. To był lekki, radosny i bardzo potrzebny wyjazd.
Szczególnym i bardzo poruszającym doświadczeniem była inscenizacja obchodów Dziadów w Grodzisku Owidz. Rekonstrukcja wczesnośredniowiecznego grodu, położona wśród lasów Pomorza, stała się naturalną scenografią dla obrzędów sięgających dawnych słowiańskich tradycji. Obchody miały charakter wspomnienia przodków i symbolicznego spotkania żywych z duchami minionych pokoleń – wszystko owiane aurą tajemniczości. Przed inscenizacją „Dziadów” cz. II Adama Mickiewicza odbył się pochód z obiatą w kierunku kurhanu, któremu towarzyszyły pieśni pustonocne, budujące niezwykły nastrój. Centralnym punktem wydarzenia była inscenizacja „Dziadów” cz. II, odegrana przy blasku pochodni, świec i ognia. Aktorzy, scenografia, muzyka oraz nocna sceneria sprawiły, że granica między teatrem a rytuałem niemal się zacierała, a mickiewiczowska wizja obrzędu wybrzmiała tu z wyjątkową siłą. Po zakończeniu inscenizacji dramatu odbyła się rekonstrukcja tradycyjnych obrzędów starosłowiańskich – „Tysiąc lat temu”, która ukazywała wczesnośredniowieczny obrzęd Dziadów oraz dawne wierzenia związane z kultem przodków i składaniem ofiar duchom. Całość była magiczna, mroczna i głęboko poruszająca. Zdecydowanie polecam.
Moment, który na zawsze podzielił ten rok na „przed” i „po”, był 29 października – przeprowadzka Andrzeja do Piteå w Szwecji. Decyzja ta była ogromną zmianą nie tylko w jego życiu, ale także w moim. Dla wielu osób z naszego otoczenia była całkowitym zaskoczeniem, wręcz szokiem, a dla nas oznaczała odwagę, niepewność i konieczność odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Od tego momentu nasze podróże zaczęły wyglądać inaczej, a kolejne wyjazdy i wydarzenia nabrały bardziej refleksyjnego, czasem tęsknego charakteru.
Po październikowych zmianach w naszym życiu listopadowe podróże i wydarzenia odbywały się już bez Andrzeja, co nadało im zupełnie inny, bardziej refleksyjny charakter. Najpierw wyruszyłam w trasę obejmującą Kórnik, Wrocław, Bolków, czeskie Karkonosze, Kudowę-Zdrój, Kłodzko i Milicz. Część tej podróży odbyłam wspólnie z mamą. Druga część wyjazdu była już moją samodzielną podróżą. Do czeskich Karkonoszy pojechałam sama, ciesząc się ciszą, przestrzenią i możliwością bycia tylko ze sobą. Po drodze zwiedziłam zamek Bolków – surowy, monumentalny, z którego murów rozciągają się imponujące widoki. W trakcie fotograficznych warsztatów poznałam niezwykle ciekawych ludzi, których – tak jak mnie – łączy pasja do fotografii, podróży i przyrody.
Po wielu latach znowu zawitałam do Teatru Miejskiego w Gdyni. Tym razem wybrałam się wraz z moją córką na spektakl „Dziady”. Przedstawienie było niezwykle interesującą próbą połączenia wszystkich części dramatu Mickiewicza w jedną spójną, teatralną opowieść. Bardzo spodobała mi się konwencja spektaklu – nowoczesna, a jednocześnie pełna szacunku dla tekstu. Scenografia była oszczędna i minimalistyczna, oparta na prostych formach, grze światła i cienia, co potęgowało wrażenie tajemniczości i obrzędowości. Parę dni później ponownie odwiedziłam Teatr Miejski w Gdyni, tym razem na spektakl „Dzień świra”, oparty na kultowym filmie Marka Koterskiego. Było to przedstawienie bardzo zabawne, momentami absurdalne.
Ostatnim przedstawieniem teatralnym które zobaczyłam w 2025 roku był musical „Lalka” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Jak zwykle był to spektakl najwyższych lotów – doskonale przygotowany, z imponującą scenografią, świetną muzyką i znakomitymi kreacjami aktorskimi. Historia Wokulskiego została opowiedziana w sposób poruszający i nowoczesny, a całość potwierdziła, że Teatr Muzyczny niezmiennie trzyma bardzo wysoki poziom.
Rok koncertowo zamknął dla mnie 15 grudnia koncert Bryana Adamsa. To artysta – klasa sama w sobie – który nie potrzebuje zbędnego show: wystarczy on, gitara i muzyka. Jego kontakt z publicznością był niezwykle naturalny i ciepły. Na wejściu otrzymaliśmy światełka, które podczas koncertu rozbłyskiwały różnymi kolorami, tworząc magiczną. Nie zabrakło zarówno nowych utworów, jak i największych hitów, w tym mojej ulubionej piosenki „Please forgive me ”. Koncert zakończył się świątecznym „Christmas Time” – było naprawdę magicznie, choć tym razem Andrzeja nie było obok mnie, co nadało temu wieczorowi nutę wzruszającej nostalgii.
Grudzień przyniósł ze sobą wyjątkowe emocje i piękne domknięcie całego roku. Na święta wyjechałam do Szwecji, do Andrzeja, a ta podróż od samego początku miała w sobie coś symbolicznego i bardzo wzruszającego. Pierwszym przystankiem był Sztokholm – krótki spacer po mieście, które dobrze znam i lubię. Potem przyszedł moment lotu do Luleå i spotkanie z Andrzejem. Mimo zimna i ciemności w powietrzu unosiło się niezwykłe ciepło – takie, które rodzi się z bliskości, tęsknoty i radości ze spotkania. To był jeden z tych momentów, które zapisują się w sercu na zawsze. Jednym z najpiękniejszych punktów tej podróży była wizyta w Rovaniemi, w wiosce Świętego Mikołaja. To miejsce, choć bardzo popularne, naprawdę potrafi oczarować – zaśnieżone krajobrazy, nastrojowe światełka, renifery, przekraczanie koła podbiegunowego. Same święta spędziliśmy w Piteå – kameralnie, aktywnie i dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Było biało, cicho i bardzo północnie. W pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do Luleå, gdzie w katedrze wysłuchaliśmy koncertu organowego. Piękna muzyka wypełniła wnętrze świątyni – znane pieśni, kolędy i świąteczne utwory zabrzmiały w zupełnie nowych aranżacjach. Nie zabrakło oczywiście spacerów w śniegu i na lodzie.
Ogromną i bardzo radosną niespodzianką było to, że Andrzej wrócił razem ze mną do Polski, abyśmy wspólnie mogli celebrować Nowy Rok. Ten gest był dla mnie niezwykle ważny i stał się najbardziej wzruszającym zakończeniem 2025 roku.
To był rok drogi, kultury, odwagi, także tej kulinarnej, i emocji. Rok, który zostanie z nami na długo – nie tylko na zdjęciach, ale przede wszystkim w sercu.