12 sierpnia po raz kolejny udałam się do Szwecji, aby po długiej rozłące spotkać się z moim ukochanym mężem, Andrzejem. Lot, jak zwykle, przebiegł spokojnie i bez żadnych komplikacji. Po wylądowaniu złapałam Airport Shuttle Bus do Skellefteå, gdzie czekał na mnie Andrzej. Stamtąd ruszyliśmy już razem w stronę naszego domu w Piteå. Następnego dnia miała rozpocząć się nasza nordycka przygoda – KU PÓŁNOCY.

Propozycja Andrzeja, aby pojechać na Nordkapp, trochę mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że chciał w ten sposób spełnić jedno z moich podróżniczych marzeń. A że ja zawsze jestem otwarta na podróże w nieznane, z entuzjazmem przyjęłam pomysł. Szybko zrobiłam research, wyszukując po drodze ciekawe miejsca, w których moglibyśmy się zatrzymać i urozmaicić tę długą podróż.

W czwartek wcześnie rano byliśmy już gotowi. Przed nami było około 1000 kilometrów drogi.

Pierwszy postój zaplanowaliśmy w Hedenäset w Szwecji, gdzie znajduje się pracownia Erica Huuva Design. Z jej wyrobami zetknęliśmy się po raz pierwszy na jarmarku w Jokkmokk. Od razu spodobały mi się jej niezwykłe projekty, dlatego kiedy odkryłam, że Hedenäset znajduje się na naszej trasie, postanowiliśmy tam zajrzeć.

Erica Huuva Simma jest saamską projektantką i złotniczką, która poprzez biżuterię odkrywa własne korzenie i dziedzictwo kulturowe. Swoją markę założyła w 2006 roku. Wszystkie wyroby powstają ręcznie, a jej projekty czerpią inspirację z natury, życia i tradycji Saamów. Wykorzystywane jest przede wszystkim srebro pochodzące z recyklingu. W kulturze Saamów srebro ma szczególne znaczenie – jest postrzegane jako metal chroniący przed złem i nieszczęściem. Biżuteria Erica Huuva nawiązuje do tradycyjnego saamskiego srebra, ale jednocześnie jest bardzo współczesna.

Niestety tym razem szczęście nam nie dopisało. Pracownia była wprawdzie „otwarta”, ale kiedy zapytaliśmy o możliwość obejrzenia i kupienia biżuterii, pracownik powiedział nam, że jeśli czegoś chcemy, Erica będzie dopiero za tydzień. Pozostało więc tylko pożegnać się i ruszyć dalej. Szkoda – ale może właśnie dlatego będzie po co tu wrócić.

Jeszcze tylko przez chwilę spojrzeliśmy na drugą stronę rzeki Torne. Ta niezwykła rzeka na długim odcinku stanowi naturalną granicę między Szwecją i Finlandią. W Matarengi, znanym również jako Övertorneå, przekroczyliśmy granicę szwedzko-fińską i znaleźliśmy się w Aavasaksa. Od tej pory droga prowadziła nas wzdłuż Torne, a po drugiej stronie rzeki cały czas mieliśmy przed oczami Szwecję. W Juoksenki po raz kolejny przekroczyliśmy koło podbiegunowe – około 66°34′ szerokości geograficznej północnej.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Lohestajan Maja – uroczym miejscu nad rzeką Muonio, w Pakamukka. To niewielka baza związana z tradycyjnym wędkarstwem, w której można również uzyskać pozwolenia na połów łososia. Taras kawiarni znajduje się tuż nad rzeką, a widok jest naprawdę piękny.

Właśnie tutaj, przy panoramie zakola rzeki i widoku na wędkarzy, napiliśmy się kawy i herbaty. Dla Andrzeja miejsce to miało jeszcze dodatkowe znaczenie. Zapamiętał je z czasów, gdy po raz pierwszy samotnie jechał motocyklem na Nordkapp.

Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w Enontekiö, spoglądając na jezioro Ounasjärvi, charakterystyczne dla tego północnego, surowego krajobrazu Finlandii. Wkrótce jednak pożegnaliśmy Finlandię i ruszyliśmy w stronę Norwegii. Nasz pierwszy, choć krótki, norweski postój wypadł w Máze høyda. Z tego miejsca roztaczała się piękna panorama na Masi – niewielką osadę zamieszkaną przede wszystkim przez Saamów – oraz dolinę rzek Mázejohka i Kautokeinoelva.

Od tego momentu zaczęła się prawdziwa przemiana krajobrazu. Zmienialiśmy strefy klimatyczne – od tajgi po tundrę. Tajga to rozległa strefa borealnych lasów iglastych, występująca m.in. na północy Europy. Dominują w niej sosny, świerki, jodły i modrzewie, a klimat charakteryzują długie, mroźne zimy i krótkie lata. Po drodze coraz częściej spotykaliśmy renifery. Pojawiały się pojedyncze zwierzęta, potem niewielkie grupy, aż w końcu całe stada. W Norwegii krajobraz stawał się coraz bardziej surowy. Drzewa były coraz niższe, karłowate, a roślinność coraz uboższa.

Jednym z najbardziej monumentalnych fragmentów trasy był przejazd przez kanion Altaelvy, czyli Sautso. Kanion ma około 12 kilometrów długości i miejscami osiąga około 300 metrów głębokości. Altaelva, jedna z najważniejszych rzek Finnmarku, przecina tu płaskowyż Finnmarksvidda, tworząc potężną dolinę o stromych ścianach. Kręta droga prowadziła pomiędzy surowymi, niemal pionowymi ścianami skalnymi. To zdecydowanie mój ulubiony fragment trasy do Alty.

Za Altą wjechaliśmy na rozległe, niemal bezkresne tereny Finnmarksvidda – płaskowyżu północnej Norwegii. Tutaj wysoka roślinność praktycznie zanika. Ciągnące się niemal po horyzont, lekko pofałdowane przestrzenie pokrywają mchy, porosty, niskie trawy i karłowate krzewinki, między innymi miniaturowe wierzby. Reniferów było tu już zdecydowanie więcej.

Wreszcie na końcu trasy wyłonił się przed nami pierwszy wielki fiord – Porsangerfjorden. To najdłuższy fiord Finnmarku, mający około 120 kilometrów długości i będący jednym z największych fiordów Norwegii. Droga prowadziła wzdłuż jego brzegu. Z jednej strony mieliśmy strome, skaliste zbocza, z drugiej spokojne wody fiordu. Widoki otwierały się co kilka minut i za każdym razem były inne.

Następnie wjechaliśmy do Nordkapptunnelen – tunelu o długości około 6,5 kilometra, poprowadzonego pod wodami między lądem a wyspą Magerøya. Tunel został otwarty w 1999 roku. Po chwili znaleźliśmy się na Magerøyi – surowej, arktycznej wyspie położonej na Morzu Barentsa. Ma ona około 436 km² powierzchni, a jej najwyższy punkt sięga 417 metrów. To właśnie tutaj znajduje się Nordkapp oraz jeszcze bardziej wysunięty na północ Knivskjelodden. Stąd do naszego hotelu – Scandic Nordkapp – nie było już daleko.

Po dotarciu do hotelu, zameldowaniu się i krótkim odpoczynku postanowiliśmy jeszcze trochę rozejrzeć się po okolicy. Przed oknami naszego pokoju przechadzały się renifery. Oczywiście nie mogłam przepuścić takiej okazji i próbowałam zrobić im zdjęcia.

Pojechaliśmy do pobliskiego Honningsvåg – największego miasta i głównego portu Magerøyi. Większość mieszkańców wyspy mieszka właśnie tutaj, a życie miejscowości od pokoleń związane jest przede wszystkim z morzem, rybołówstwem i żeglugą. Przy informacji turystycznej zobaczyliśmy wielkiego trolla – charakterystyczny element północnego, nieco baśniowego krajobrazu. Nieodłącznym elementem tutejszego pejzażu są również drewniane konstrukcje do suszenia ryb. W porcie przy informacji turystycznej stała jedna z nich, a na niej wisiały rzędy rybich głów suszących się na powietrzu. Woda fiordu była niezwykle spokojna. Jak w ogromnym lustrze odbijały się w niej zabudowania, góry i niebo. Podobne widoki towarzyszyły nam także przy licznych jeziorach mijanych po drodze.

Po tak długim dniu wróciliśmy do hotelowego baru. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że kolejny dzień będzie jeszcze bardziej intensywny.

Rano obudziliśmy się wcześnie. Słońce już dawno świeciło pełnym blaskiem. O tej porze roku w okolicach Nordkappu słońce wschodzi około 2:49, a zachodzi około 21:48, co daje niemal 19 godzin dnia.

Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę parkingu Knivskjelodden Trail. Czekała nas najtrudniejsza fizycznie część całej wyprawy, ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Długość trasy nie wydawała się szczególnie duża – około 9 kilometrów w jedną stronę. Pogoda była piękna, więc byliśmy przekonani, że czeka nas po prostu przyjemny spacer po dzikiej, nieskażonej przyrodzie.

Pierwszy etap prowadził lekko pod górę przez kamienisty teren z licznymi mokradłami. Trzeba było je omijać, a trasę wskazywały kamienne kopczyki i czerwone oznaczenia w kształcie litery „T”. Weszliśmy w krajobraz tundry – strefy, w której ze względu na surowy klimat nie rosną wysokie drzewa. Dominują tu mchy, porosty, trawy, niskie krzewinki i karłowate wierzby. Ziemia przez znaczną część roku pozostaje zmarznięta, a okres wegetacyjny jest bardzo krótki. Teren stopniowo stawał się coraz bardziej pofałdowany. Pojawiały się wzniesienia i zagłębienia, kałuże i mokradła. Liczne kamienie sprawiały, że trzeba było cały czas patrzeć pod nogi. Bardzo pomagały nam kijki trekkingowe, które kupił Andrzej. Można było nimi między innymi sprawdzać podłoże przed postawieniem nogi i przekonać się, czy pod pozornie niewinną kałużą nie kryje się głębokie grzęzawisko.

W końcu dotarliśmy do stromego i wysokiego zbocza. Trzeba było pokonać je bardzo ostrożnie, uważając, aby się nie potknąć albo nie skręcić nogi. Ale wysiłek wynagradzał widok. Przed nami rozpościerało się Morze Barentsa i Nordkapp. W pewnym momencie Andrzej został nieco z tyłu. Od tego miejsca każdy z nas szedł już sam ze swoimi myślami.

Później trasa prowadziła płaskim odcinkiem nad morzem. Wśród traw szło się tutaj zdecydowanie najwygodniej – niestety ten odcinek był zdecydowanie za krótki. Ostatni fragment okazał się dla mnie najbardziej wymagający. Szlak prowadził po skalnych półkach – niezbyt stromych, miejscami niemal wypłaszczonych, ale bardzo śliskich. Trzeba było pokonywać szczeliny, omijać mokre skały i uważać, aby nie zsunąć się w stronę morza. Kilka razy pojawiły się wątpliwości. Czy dam radę? Może zawrócić? Ale byłam już tak blisko, że nie mogłam się poddać. Wpadłam kilka razy w grzęzawisko. Przemokły mi buty. A później… nawet pękły. Ale się nie poddałam. Tym bardziej że po drodze towarzyszyły mi renifery, spokojnie skubiące trawę i przechadzające się tu i tam. Udało się! I w końcu zdobyłam Knivskjelodden – najdalej wysunięty na północ punkt wyspy Magerøya, położony około 1,5 kilometra dalej na północ niż słynny Nordkapp. Znajduje się na około 71°11′08″ N. Radość była ogromna. Stałam na końcu skalistego cypla, patrząc na bezkresne Morze Barentsa i wiedząc, że właśnie dotarłam do miejsca, o którym wcześniej tylko marzyłam.

Czekając na Andrzeja, zauważyłam między skałami niewielkie owoce maliny moroszki. To charakterystyczna dla północnych terenów roślina z rodziny różowatych rosnąca przede wszystkim na torfowiskach i podmokłych terenach. Zerwałam kilka z myślą, że poczęstuję nimi Andrzeja. Sama też spróbowałam. Smakowały wybornie. Może dlatego, że jadłam je w miejscu, do którego dotarliśmy po tylu kilometrach marszu. Kiedy Andrzej do mnie dołączył, przez chwilę wspólnie kontemplowaliśmy widok.

Pogoda zaczęła się jednak zmieniać. Słońce schowało się za chmurami, zrobiło się chłodniej. Wyjęłam czapkę i rękawiczki, zapięłam kurtkę. Andrzej zrobił to samo. Tutaj pogoda potrafi zmienić się bardzo szybko – w jednej chwili świeci słońce, a za moment pojawia się mgła, wiatr i deszcz. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem już razem, ramię w ramię. Znów czekały na nas śliskie skalne półki. Tym razem było trochę łatwiej, ponieważ znaliśmy już drogę i wiedzieliśmy, jak się poruszać. Mimo to nie obyło się bez małego dramatu. Nierozważnie weszłam na pozornie tylko mokrą skałę. Okazało się, że to… lód. Stanęłam nieruchomo, zapierając się kijkami.

Tu jest lód – powiedziałam do Andrzeja.

Nie ruszaj się! – odpowiedział.

Zamarłam w bezruchu. Andrzej podbiegł do mnie, wyciągnął rękę i pomógł mi zrobić krok w jego stronę. Tak oto wyciągnął mnie z lodowej opresji. A ja, jak to ja – „otrząsnęłam piórka” i poszłam dalej, jak gdyby nigdy nic. Andrzej musiał natomiast na chwilę przystanąć i nabrać tchu. Ta sytuacja zdecydowanie bardziej przejęła jego niż mnie.

Następnie czekał nas płaski odcinek wśród traw, mostek nad potokiem i wspinaczka na skarpę. Przewyższenie było na tyle duże, że Andrzej kilka razy musiał zatrzymać się po drodze. Ja poczekałam na niego na górze, mając czas, żeby jeszcze raz podziwiać panoramę. W oddali dostrzegłam kolejne stada reniferów.

Dalej ruszyliśmy przez kamieniste pagórki, wypatrując za każdym kolejnym wzniesieniem parkingu. Z przemoczonymi nogami było mi już zupełnie obojętne, czy wpadnę w kolejną kałużę. Na ostatnim kilometrze złapał nas lekki deszcz. I wtedy w oddali zobaczyliśmy parking. Ten widok dodał mi skrzydeł. Energia natychmiast wróciła, a w głowie pojawiła się tylko jedna myśl: „Byle do końca. Jak najszybciej!” Udało się. Dotarliśmy do końca. Cała wyprawa zajęła nam około 10 godzin, a pokonaliśmy około 22 kilometrów w obie strony. Był to pierwszy trekking tego typu w naszym wykonaniu. Bardziej wprawieni piechurzy pokonują tę trasę oczywiście znacznie szybciej.

Teraz już wiem, że na kolejną wyprawę muszę zainwestować w naprawdę porządne buty – wysokie, za kostkę, z solidną, twardą podeszwą i przede wszystkim nieprzemakalne. Będzie drogo, ale bezpieczeństwo i wygoda są najważniejsze. Do kompletu przydałaby się jeszcze dobra kurtka typu hardshell. Na kolejną wyprawę po bezdrożach północnej Europy trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Ale pisząc ten artykuł, złapałem się na tym, że w głowie kiełkuje już nowy pomysł – jeszcze bardziej wymagający. Kinnarodden – najdalej na północ wysunięty punkt europejskiego kontynentu, położony na półwyspie Nordkinn, nad Morzem Barentsa, na szerokości geograficznej 71°08′ N.

Początkowo planowaliśmy, że zaraz po trekkingu pojedziemy na Nordkapp – dzieliło nas od niego zaledwie około 6 kilometrów. Ale jednak zwyciężył rozsądek. Wróciliśmy do hotelu, żeby się umyć i przebrać. Dopiero wtedy zobaczyłam, w jakim stanie są moje buty. Popękały i po tej wyprawie nadawały się już tylko do śmieci. Na szczęście miałam drugą parę.

Wieczorem ruszyliśmy więc na Nordkapp. Droga prowadziła niezwykle malowniczą trasą, początkowo stromo wznoszącą się ku górze – miejscami nachylenie sięga około 9 procent. Kręta szosa co chwilę otwierała nowe widoki.

Nordkapp to monumentalny klif na północnym krańcu Magerøyi, wznoszący się około 307 m nad Morzem Barentsa. Jego współrzędne to 71°10′21″ N. Jest przede wszystkim symbolicznym „końcem Europy” i jednym z najbardziej znanych punktów turystycznych północnej Europy. O tej porze roku kompleks Nordkapp jest otwarty aż do późnej nocy. Na miejscu zaskoczyła nas jedna rzecz. Parking i teren wokół kompleksu były bezpłatne. Andrzej pamiętał, że kiedyś wyglądało to inaczej. Płatne jest natomiast wejście do samego kompleksu, w którym znajduje się między innymi muzeum, sala kinowa, restauracje i sklep z pamiątkami.

Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście w stronę słynnego globusa. To właśnie on stał się symbolem Nordkappu. Stalowy globus ustawiony na krawędzi klifu powstał w 1978 roku i dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego miejsca. Trudno oprzeć się pokusie, żeby stanąć przy nim i zrobić pamiątkowe zdjęcie. My również oczywiście zrobiliśmy sobie zdjęcie. A potem dostrzegliśmy coś jeszcze. W oddali znajdował się prawdziwy najdalej wysunięty na północ punkt Magerøyi – Knivskjelodden. Tam byliśmy! Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak daleko zaszliśmy. Ogarnęła mnie ogromna duma. Obeszliśmy zabudowania, podziwiając panoramę Morza Barentsa, a następnie skierowaliśmy się do pomnika Children of the Earth – Dzieci Ziemi. Monument powstał w 1989 roku. Składa się z siedmiu dużych medalionów wykonanych z brązu, zaprojektowanych przez dzieci z różnych stron świata. Symbolizuje przyjaźń, nadzieję, współpracę i jedność ponad granicami. Co roku w tym miejscu odbywa się ceremonia związana z przyznawaniem nagrody Children of the Earth. 

Następnie przyszedł czas na małe zakupy – magnesy, przypinki i inne pamiątki. Kawa, herbata. I wreszcie zwiedzanie wystawy. Najpierw obejrzeliśmy film pokazujący Magerøyę i Nordkapp w różnych odsłonach oraz porach roku. Później oglądaliśmy wystawy poświęcone ptakom zamieszkującym ten surowy region, historii Nordkappu i słynnym wizytom w tym miejscu. Jedną z najważniejszych postaci w historii Nordkappu był król Oskar II, który w 1873 roku odwiedził to miejsce. Jego wyprawa stała się jednym z ważnych wydarzeń w historii turystyki na Nordkappie. Na pamiątkę wizyty wzniesiono obelisk, odsłonięty 2 lipca 1873 roku. W późniejszych latach Nordkapp zaczął przyciągać coraz więcej podróżników. Na koniec odpoczęliśmy jeszcze w niezwykłej świetlnej jaskini.

Z Nordkapp wyjechaliśmy około godziny 22. Mimo późnej pory wciąż było zupełnie widno. Po tak pełnym wrażeń dniu wróciliśmy do hotelu mocno zmęczeni.

W sobotę rano z wielkim bólem fizycznym ruszyliśmy w drogę powrotną. Trekking dał nam się we znaki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bolały mnie nogi. Andrzej ledwo chodził. A jednak trzeba było ruszyć. Droga ponownie prowadziła wzdłuż fiordów, skał i majestatycznych krajobrazów tundry. Wszędzie wokół pojawiały się renifery. Nordkapp żegnał nas deszczem.

W planach mieliśmy zwiedzanie Alta Museum i znajdujących się tam słynnych rytów naskalnych. Zanim jednak ruszyliśmy na trasę, usiedliśmy w muzealnej kawiarni. Kawa, herbata i przepyszne ciasta były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Z kawiarni roztaczał się przepiękny widok na Altafjorden. A potem ruszyliśmy na spacer. Znajdujące się w Alta zespoły sztuki naskalnej są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO od 1985 roku. Największy obszar znajduje się w Hjemmeluft. Rysunki powstały na twardym, bogatym w kwarc piaskowcu i przedstawiają między innymi ludzi, zwierzęta, sceny polowań i elementy życia dawnych społeczności. Ich powstanie datuje się na okres od około 5200 do 500 lat p.n.e. Część rytów została zaznaczona czerwoną farbą, żeby były lepiej widoczne dla zwiedzających. Dziś takie malowanie jest przedmiotem dyskusji, ponieważ ingeruje w autentyczność zabytku. Ale Alta Museum to nie tylko same ryty. To również świetne miejsce na spacer. Drewniane kładki prowadzą wśród skał i roślinności, cały czas oferując widok na Altafjorden.

Następnie pojechaliśmy do Alta i odwiedziliśmy Katedrę Zorzy Polarnej – Nordlyskatedralen. Nowoczesna świątynia została ukończona w 2013 roku. Zaprojektowano ją jako architektoniczne odzwierciedlenie zorzy polarnej – spiralne formy budynku przypominają wijące się pasma światła na nocnym niebie.

Projekt powstał we współpracy pracowni Schmidt Hammer Lassen Architects i Link Arkitektur. Wnętrze jest surowe, minimalistyczne i bardzo spokojne. Jasne, pionowe elementy prowadzą wzrok ku górze, a światło wpadające do środka podkreśla wertykalny charakter przestrzeni.

Jednym z najbardziej niezwykłych elementów jest złota drabina Jakubowa, wznosząca się w wieży ku górze – symboliczna droga między ziemią a niebem. To miejsce zrobiło na mnie duże wrażenie.

 

Z Alty ruszyliśmy ponownie przez kanion, którym jechaliśmy dwa dni wcześniej, tym razem w stronę Kautokeino. Kautokeino jest jednym z najważniejszych ośrodków kultury Saamów w Norwegii. Miasto położone jest na rozległej Finnmarksvidda i silnie związane z hodowlą reniferów, językiem i tradycjami Saamów. My jednak nie planowaliśmy zwiedzania samego miasta.

Mieliśmy konkretny cel. A właściwie – ja miałam. Była nim Juhls Silvergallery – niezwykłe połączenie pracowni złotniczej, galerii, sklepu, domu i dzieła architektonicznego. W latach 50. do Kautokeino przyjechali Frank i Regine Juhls. Początkowo chcieli po prostu stworzyć sobie dom i warsztat. Nie mieli planu budowy dużego kompleksu. Budynek rósł stopniowo, pokój po pokoju, zgodnie z potrzebami, pomysłami i otaczającym krajobrazem. W tamtych czasach do Kautokeino nie docierały jeszcze drogi, więc materiały trzeba było wnosić na strome zbocze. Frank nie był formalnie wykształconym architektem. Budował intuicyjnie, inspirując się naturą. Charakterystyczny, łukowaty dach powstał pod wpływem obserwacji zaspy śnieżnej. Z czasem do kompleksu dołączano kolejne przestrzenie, między innymi pokoje orientalne, inspirowane podróżami Juhlsów do Afganistanu i ich zainteresowaniem innymi kulturami. Jednym z najważniejszych elementów wnętrza jest monumentalna ściana mozaikowa tworzona przez Regine Juhls. To dzieło rozwijane od dziesięcioleci, bez ustalonego końca. Kawałek po kawałku artystka tworzy ciągłą narrację, w której pojawiają się motywy natury, mitu i doświadczenia. Mozaika, podobnie jak sam budynek, pozostaje dziełem otwartym i nieustannie się zmienia. Mozajak ta zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie.

Dziś Juhls Silvergallery wyrasta ze zbocza wzgórza nad rzeką i łączy architekturę, sztukę, rzemiosło i życie codzienne w jedną niezwykłą całość. To właśnie tutaj powstała jedna z pierwszych profesjonalnych pracowni srebrniczych w Finnmarku. Frank i Regine początkowo naprawiali saamską biżuterię, a następnie zaczęli tworzyć własne projekty, pozostając w bliskim kontakcie z lokalną tradycją. Ich pracownia działa od 1959 roku. 

W kulturze Saamów srebro było czymś więcej niż ozdobą. Było łatwe do przenoszenia, a więc idealnie pasowało do koczowniczego trybu życia. Stanowiło również formę majątku, który można było mieć przy sobie. Srebru przypisywano także właściwości ochronne – miało chronić przed złem i przynosić szczęście. Tradycyjne srebro saamskie jest częścią stroju zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Charakterystyczne są między innymi duże brosze, zapięcia, ozdoby pasów i inne elementy stroju. 

W sklepie długo oglądałam biżuterię. I oczywiście nie mogłam wyjść z pustymi rękami. Wybrałam dla siebie naszyjnik z „Świętą literą M” zwieńczoną koroną. Symbol ten przedstawia monogram Maryi Panny – Królowej Nieba. Był używany już od średniowiecza, a w czasach katolickich miał wyraźne znaczenie religijne. Po reformacji stał się mniej popularny, ponieważ w protestantyzmie Maryi nie przypisywano już tak ważnej roli. Z czasem pierwotne znaczenie symbolu zaczęło zanikać i powstały nowe, kreatywne interpretacje. Katolickie symbole stały się również przedmiotem handlu wśród Saamów, którzy przed chrystianizacją nie byli związani z ich pierwotną symboliką. Dla mnie ten naszyjnik będzie więc nie tylko pamiątką z podróży, ale również symbolem tej niezwykłej północnej kultury.

W kawiarni napiliśmy się jeszcze kawy i herbaty. I ruszyliśmy dalej. W stronę Enontekiö. Następnie w Palojoensuu odbiliśmy na północ, aby dojechać do Karesuando w Szwecji – najbardziej na północ położonej miejscowości Szwecji, leżącej nad rzeką Muonio, która stanowi granicę z Finlandią. Potem czekała nas już długa droga przez szwedzkie lasy w kierunku Piteå. Zabudowań było niewiele. Ruch na drodze – niemal żaden. Po drodze kilkakrotnie przejeżdżaliśmy mostami nad rzeką Kalixälven. Minęliśmy również wodospad Jackfall na tej rzece. Wodospad wydał mi się tak imponujący, że od razu pomyślałam: Tu chciałabym kiedyś wrócić i zatrzymać się na dłużej. Może następnym razem.

W kawiarni napiliśmy się jeszcze kawy i herbaty. I ruszyliśmy dalej. W stronę Enontekiö. Następnie w Palojoensuu odbiliśmy na północ, aby dojechać do Karesuando w Szwecji – najbardziej na północ położonej miejscowości Szwecji, leżącej nad rzeką Muonio, która stanowi granicę z Finlandią. Potem czekała nas już długa droga przez szwedzkie lasy w kierunku Piteå. Zabudowań było niewiele. Ruch na drodze – niemal żaden. Po drodze kilkakrotnie przejeżdżaliśmy mostami nad rzeką Kalixälven. Minęliśmy również wodospad Jackfall na tej rzece. Wodospad wydał mi się tak imponujący, że od razu pomyślałam: Tu chciałabym kiedyś wrócić i zatrzymać się na dłużej. Może następnym razem.

W drodze do domu wydarzyło się jeszcze coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Tuż przed Luleå trafiliśmy na korek. O tej porze i w takim miejscu było to dla nas bardzo dziwne. Początkowo nie wiedzieliśmy, co się stało. Dopiero później okazało się, że przyczyną był wypadek z udziałem dzikiego zwierzęcia. Prawdopodobnie łosia, choć nie mamy pewności. Reszta drogi minęła już spokojnie. Do domu wróciliśmy po północy. Zmęczeni. Obolali. Ale przede wszystkim – szczęśliwi.

Ta podróż miała być spełnieniem jednego z moich podróżniczych marzeń – dotarciem na Nordkapp. A okazała się czymś znacznie więcej. Była podróżą przez trzy kraje, tysiące kilometrów i kilka zupełnie różnych krain geograficznych. Przez tajgę, tundrę, fiordy, płaskowyże, kaniony i brzegi Morza Barentsa. Były renifery pojawiające się niemal na każdym kroku, strome ściany kanionu Altaelvy i bezkresna Finnmarksvidda. Były też miejsca związane z ludźmi i ich historią – saamska biżuteria Erica Huuva, Juhls Silvergallery, prehistoryczne ryty w Alta i niezwykła Katedra Zorzy Polarnej. Ale przede wszystkim była to podróż o przekraczaniu własnych granic. Najbardziej przekonałam się o tym na Knivskjelodden. 22 kilometry, około 10 godzin marszu, mokradła, kamienie, błoto, śliskie skały, lód, przemoknięte i ostatecznie pęknięte buty, zmęczenie i chwile zwątpienia. A jednak doszliśmy. Stanęliśmy na najbardziej wysuniętym na północ krańcu Magerøyi i spojrzeliśmy na Morze Barentsa. Wiedzieliśmy, że dokonaliśmy czegoś co uważaliśmy wcześniej za niemożliwe. Knivskjelodden zapamiętamy mocniej niż sam Nordkapp. Nordkapp był spełnieniem mojego marzenia, a Knivskjelodden był sprawdzianem.

Wspomnienie wyprawy KU PÓŁNOCY zostanie z nami na długo.

13-16.08.2026

Możesz również cieszyć się: