Tegoroczny okres Bożego Narodzenia spędzam inaczej niż dotychczas. Zmiana ta ma swoje bardzo konkretne źródło – przeprowadzkę Andrzeja do Piteå, niewielkiego miasta na północy Szwecji. To właśnie tam, daleko od zgiełku i znanych mi świątecznych krajobrazów, czekała na mnie nowa odsłona zimy, ciszy i bliskości.

17 grudnia, wczesnym rankiem, wylądowałam w Sztokholmie. Ponieważ miałam sporo czasu do kolejnego lotu do Luleå, postanowiłam wykorzystać go na krótki spacer po mieście i zobaczyć, jak stolica Szwecji prezentuje się w świątecznym wydaniu. Pogoda niestety nie rozpieszczała – padał deszcz, a niebo było ciężkie i szare – ale nawet to nie odebrało mi chęci do odkrywania miasta.

Moje kroki skierowałam do Skansenu, położonego na wyspie Djurgården. To najstarsze muzeum na wolnym powietrzu na świecie, założone w 1891 roku przez Artura Hazeliusa. Jego nazwa pochodzi od dawnej fortyfikacji „skans”, a z czasem stała się określeniem całej kategorii muzeów etnograficznych – do dziś w wielu językach takie placówki nazywa się właśnie „skansenami”. Miejsce to gromadzi zabytkowe budynki z różnych regionów Szwecji, pokazując dawne życie, rzemiosło i tradycje.

O tej porze roku Skansen spowity jest aurą tajemniczości, jakby zapadł w zimowy sen. Świąteczne dekoracje – choinki, świece, świetliste gwiazdy – nadają mu niezwykle magiczny charakter. Jest tu cicho, przytulnie i uroczo. Szczególnie zachwyciła mnie huta szkła, w której można kupić przepiękne ręcznie wykonane rzeźby: renifery, łosie, a w świątecznym okresie także choinki, bombki i medaliony z napisem God Jul. Moją uwagę najbardziej przyciągnęły szklane serca – okropnie drogie, ale tak piękne, że obiecałam sobie, iż następnym razem choć jedno, nawet najmniejsze, musi trafić do mojego domu.

Na terenie Skansenu znajduje się również zoo ze zwierzętami typowymi dla północnych regionów – można tu zobaczyć łosie, renifery, rysie, lisy polarne czy foki. W okresie świątecznym odbywa się tu wiele wydarzeń oraz tradycyjny jarmark bożonarodzeniowy, niestety tylko w weekendy, więc tym razem musiałam obejść się smakiem.

Po tym jakże uroczym spacerze udałam się w stronę Gamla Stan. Po drodze minęłam dom handlowy NK – Nordiska Kompaniet, jedną z ikon Sztokholmu. Założony w 1902 roku, mieści się w monumentalnym budynku o eleganckiej, klasycznej architekturze. NK to nie tylko luksusowy dom towarowy, ale także ważne miejsce dla szwedzkiej kultury handlu i designu – symbol jakości, rzemiosła i dobrego stylu.

Świąteczne witryny NK w tym roku zachwycały scenkami z Pippi Langstrump w roli głównej. Pippi z kulą śnieżną nad głową, Pippi bujająca się na choince, kręcąca piruety na łyżwach, bawiąca się gumą balonową czy „pływająca” w mące – wszystkie kukiełki były ruchome, kolorowe i przeurocze.

Przechodnie w każdym wieku zatrzymywali się przy witrynach, robili zdjęcia, uśmiechali się – radość była zaraźliwa.

Na Stortorget jak co roku odbywał się jarmark bożonarodzeniowy, którego historia sięga XVII wieku. To jedno z najbardziej klimatycznych miejsc świątecznego Sztokholmu – drewniane stragany, zapach grzanego wina glögg, pierników pepparkakor i prażonych migdałów, rękodzieło oraz dźwięki świątecznych melodii tworzą wyjątkową atmosferę. Nie omieszkałam też sfotografować pięknie udekorowanej Café Valvet – niewielkiej, przytulnej kawiarni słynącej z domowych wypieków i ciepłego, retro klimatu.

Niestety nie było mi dane podziwiać świątecznych iluminacji w pełnej krasie – te rozbłyskują dopiero po zmroku, a około godziny 15 ruszyłam Flixbusem ze Stockholm Central na lotnisko.

Wieczorem, około godziny 19, wylądowałam w Luleå. Chwilę później mogłam wpaść w ramiona Andrzeja. Oboje nie kryliśmy wzruszenia – długo czekaliśmy na tę chwilę. Było magicznie.

 

Kolejne dwa dni spędziłam w Piteå. Był to czas relaksu i domowego ciepła. Drobne przygotowania do świąt, wspólne posiłki, zapach kawy i świec tworzyły niezwykle przytulną atmosferę. W Szwecji domy dekoruje się z wielką dbałością o nastrój – królują papierowe gwiazdy julstjärnor, świeczniki adwentowe adventsljusstakar, koziołki julbockar i skrzaty tomtar. W Szwecji światło zapalane w oknach nie jest wyłącznie świąteczną dekoracją, ale częścią głęboko zakorzenionego kultu światła, tak ważnego w czasie długiej, północnej ciemności. Światło symbolizuje nadzieję, ciepło i wspólnotę, pomaga oswoić mrok i sprawia, że domy stają się widocznymi znakami obecności i bliskości drugiego człowieka. Choć tradycja ta szczególnie nasila się w okresie adwentu i Bożego Narodzenia, wiele świetlnych dekoracji pozostaje w oknach także długo po świętach, towarzysząc mieszkańcom aż do powrotu dłuższych dni.

W sobotni poranek ruszyliśmy w stronę fińskiej Laponii, by odwiedzić Świętego Mikołaja. Krajobraz za oknem był typowo borealny – rozległe lasy iglaste zdominowane przez sosny i świerki, oszronione brzozy, śnieg i przestrzeń. Klimat surowy, ale piękny. Po drodze widzieliśmy stada reniferów, które spod śniegu wydobywały swoje ulubione porosty – chrobotek reniferowy. Udało się nam także dostrzec dwa dzikie łosie: klępę i młode łoszę.

Obserwowaliśmy też niezwykły wschód słońca – a raczej jego namiastkę. O tej porze roku słońce ledwie pojawia się nad horyzontem, dni są bardzo krótkie, a światło nigdy nie staje się naprawdę jasne. Przez większą część dnia panuje szarość, która płynnie przechodzi w zmierzch.

Granicę między Szwecją a Finlandią przekroczyliśmy na moście nad rzeką Torne, która stanowi naturalną granicę między tymi krajami. Po fińskiej stronie stad reniferów było jeszcze więcej. Po około czterech godzinach dotarliśmy do Rovaniemi.

Pierwszym punktem zwiedzania było Arktikum – nowoczesne muzeum i centrum nauki poświęcone Arktyce i kulturze Saamów. Charakterystyczna architektura budynku, z długim, przeszklonym korytarzem przypominającym lodowy tunel, doskonale wpisuje się w surowy krajobraz północy. Wystawy były niezwykle interesujące i pozwoliły nam lepiej zrozumieć historię, przyrodę i życie w Laponii. Zdecydowanie must see w Rovaniemi.

Następnie udaliśmy się do Wioski Świętego Mikołaja – Joulupukin Pajakylä. Po prostu wow. Wioska przykryta białą pierzynką śniegu, pełna kolorowych świateł, miała w sobie coś bajkowego. Przez jej teren przebiega linia Koła Podbiegunowego – Napapiiri – przy której każdy robi sobie pamiątkowe zdjęcie.

Odwiedziliśmy pocztę Świętego Mikołaja, gdzie można wysłać list z oficjalnym stemplem, oraz jego dom, w którym zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie z żywym, starszym panem z długą białą brodą. Drogie? Bardzo. Ale jak szaleć, to szaleć. W wiosce znajduje się mnóstwo sklepów z pamiątkami i restauracji serwujących dania z łososia, łosia i renifera. Chętni mogą skorzystać z przejażdżek psimi zaprzęgami lub saniami ciągniętymi przez renifery – my tym razem odpuściliśmy, bo wiemy, że jeszcze tu wrócimy. Jest tu także zagroda ze zwierzętami Świętego Mikołaja – reniferami, lamami, królikami, osłami i kurami.

Wioska jest magiczna, ale i bardzo komercyjna. Można tu również przenocować – nawet w piernikowych domkach. My jednak zdecydowaliśmy się na nocleg w Tornio.

Tornio to niewielkie fińskie miasto położone przy granicy ze Szwecją, nad rzeką Torne. Jego historia sięga XVII wieku i od zawsze było ważnym punktem handlowym. Zatrzymaliśmy się w hotelu Mustaparta, mieszczącym się w dawnym magazynie nad rzeką. Hotel nawiązuje wystrojem do postaci legendarnego lokalnego pirata z XVIII wieku, który niegdyś grasował na wodach Zatoki Botnickiej. Wnętrza są wyraziste, a jednocześnie bardzo klimatyczne. Dominują tu inspiracje XVIII-wiecznymi żaglowcami – balustrady wykonane z ciężkich łańcuchów, bulaje w ścianach, surowe drewno i marynistyczne detale sprawiają, że można poczuć się jak na pokładzie starego statku.

Świąteczny okres dodał temu miejscu jeszcze więcej uroku. W hotelu pojawiły się dekoracje bożonarodzeniowe, subtelne światła i ozdoby, a w restauracji płonął klimatyczny kominek w świątecznej odsłonie, wokół którego panowała wyjątkowo ciepła, niemal domowa atmosfera. Na ścianach wiszą lustra i obrazy w pięknych, złotych, bogato zdobionych ramach, które dodają wnętrzom elegancji i kontrastują z ich surowym, portowym charakterem. Jak na butikowy hotel – całość jest niezwykle stylowa, dopracowana i pełna charakteru.

Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer po miasteczku. Zobaczyliśmy kościół Tornio Kirkko, prawosławny kościół św. Piotra i Pawła oraz wędkarzy łowiących ryby na skutej lodem rzece Torne. Na brzegu rzeki stoi imponująca rzeźba wielkiego łososia wykonana ze stalowych rur – surowa, a jednocześnie doskonale wpisująca się w krajobraz. W jej tle zrobiłam kilka zdjęć wędkarzy w świetle słońca – trudno było stwierdzić, czy ono jeszcze wschodziło, czy już zachodziło.

Odwiedziliśmy także kościół Alatornio Kirkko, będący częścią Łuku Struvego Geodezyjnego – XIX-wiecznego projektu naukowego, którego celem było dokładne określenie kształtu Ziemi, wpisanego dziś na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tym razem jednak mieliśmy wyjątkowe szczęście, bo weszliśmy do kościoła w trakcie nabożeństwa.

Wnętrze wypełniał piękny śpiew chłopca, który roznosił się po całej świątyni. Prosty, czysty głos w połączeniu z niezwykłą akustyką kościoła tworzył poruszającą, niemal mistyczną atmosferę. Dźwięk zdawał się płynąć ze wszystkich stron, odbijać od drewnianych ścian i sklepień, wypełniając przestrzeń spokojem i skupieniem. Był to jeden z tych momentów, które zapadają w pamięć na długo.

Następnie przejechaliśmy do Haparandy – szwedzkiego miasta położonego tuż przy granicy z Finlandią, nad rzeką Torne, dokładnie naprzeciwko fińskiego Tornio. To typowe miasto przygraniczne, w którym od zawsze przenikały się kultury, języki i tradycje obu krajów. Haparanda powstała na początku XIX wieku, po tym jak Szwecja utraciła Finlandię na rzecz Rosji i konieczne było stworzenie nowego miasta granicznego.

Dziś Haparanda pełni ważną rolę handlową i komunikacyjną w regionie. Granica jest tu niemal symboliczna – mieszkańcy obu miast swobodnie się przemieszczają, robią zakupy i pracują po obu stronach rzeki. To także miejsce znane z zakupów – przyciąga zarówno Szwedów, jak i Finów. Zobaczyliśmy tu kościół o intrygującej, nowoczesnej architekturze, z prostą bryłą i wyraźnymi, geometrycznymi liniami, które ciekawie kontrastują z surowym krajobrazem północy.

Zrobiliśmy drobne zakupy w lokalnym markecie oraz odwiedziliśmy IKEA – najdalej na północ położony sklep tej sieci na świecie, co samo w sobie jest ciekawostką i symbolem tego, jak daleko na północ dotarła codzienność znana z dużych miast.

W drodze powrotnej do Piteå zatrzymaliśmy się jeszcze przy kościele w Råneå oraz przy kyrkstugor – dawnym „mieście kościelnym”, gdzie wierni nocowali, przybywając na nabożeństwa z odległych wiosek. Wieczorem Andrzej zabrał mnie na krótki spacer promenadą nadwodną w Luleå – to jedno z jego ulubionych miejsc. Miasto skąpane w złotym świetle świątecznych dekoracji wyglądało magicznie, ciepło i przytulnie. Wróciliśmy do domu zmęczeni, ale pełni pozytywnej energii.

Poniedziałek przedświąteczny spędziłam leniwie, ciesząc się chwilą bez pośpiechu i pakując świąteczne prezenty – z sercem pełnym wdzięczności za ten niezwykły czas na dalekiej Północy. We wtorek wybrałam się na spacer do lokalnej huty szkła artystycznego Heta Hyttan Studioglas. To wyjątkowe miejsce, w którym tradycyjne rzemiosło spotyka się ze współczesnym designem. W niewielkiej pracowni powstają ręcznie formowane szklane dzieła – misy, zawieszki, serca i rzeźby, a każdy przedmiot jest niepowtarzalny. W ciepłym wnętrzu huty można obserwować proces tworzenia szkła. To właśnie tam kupiłam ostatnie prezenty świąteczne: delikatne szklane zawieszki z napisem „GOD JUL” oraz duże szklane serce do zawieszenia, na którym poprosiłam o wygrawerowanie szczególnej dla nas daty – pierwszej rocznicy ślubu. Pogoda była mroźna, ale jednocześnie słoneczna – o ile można tak powiedzieć o słońcu, które o tej porze roku wznosi się jedynie nisko nad horyzontem. Wilgoć i mróz spowodowały, że moje włosy pokryły się delikatnym szronem. Po powrocie do mieszkania zajęłam się dekorowaniem naszego domku piernikowego, inspirowanego domem Pippi Pończoszanki – Willą Śmiesznotką (Villa Villekulla).

W wigilijny poranek, korzystając z pięknej pogody, postanowiliśmy wybrać się na dłuższy spacer. Odwiedziliśmy Öjebyn Kyrkstad – dawną osadę kościelną z charakterystycznymi czerwonymi drewnianymi domkami, potem w okolicy Heta Hyttan Studioglas przeszliśmy się także po zamarzniętym Yttre Fjärden – zewnętrznej części zatoki, będącej fragmentem archipelagu Zatoki Botnickiej. Kolejnym przystankiem było Pite Havsbad, położone nad Zatoką Botnicką, która również była całkowicie zamarznięta. Widok lodowej tafli ciągnącej się aż po horyzont robił ogromne wrażenie. Po powrocie do domu przygotowaliśmy wigilijny obiad, który zjedliśmy przy dźwiękach świątecznych piosenek. Po posiłku obdarowaliśmy się nawzajem prezentami.

Tu kilka słów o szwedzkich tradycjach wigilijnych. W Szwecji Wigilia (Julafton) jest najważniejszym dniem świąt. Tradycyjnie je się julbord, czyli bogaty świąteczny stół, na którym królują śledzie, łosoś, klopsiki, szynka julskinka, kiełbaski i ryżowy pudding. Wiele rodzin ogląda także o godzinie 15:00 kultowy program z bajkami Disneya, a prezenty często przynosi Jultomten – szwedzki odpowiednik Świętego Mikołaja.

Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia – Juldagen – był bardzo leniwy. Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer po zamarzniętym Nördfjärden. O tej porze roku trzeba chwytać każdy promień słońca, bo dzień jest bardzo krótki. Na lodzie przygotowany był tor łyżwiarski, z którego licznie korzystali mieszkańcy – dzieci, dorośli, całe rodziny. Wieczorem pojechaliśmy na koncert organowy do katedry Luleå Domkyrka. W wnętrzu świątyni wysłuchaliśmy koncertu pt. „Julmusik i vinterljus”. Piękna muzyka wypełniła przestrzeń katedry – znane pieśni, kolędy i utwory świąteczne zabrzmiały w zupełnie nowych, często bardzo subtelnych aranżacjach. Wstęp był wolny, a atmosfera niezwykle ciepła, świąteczna i pełna skupienia. W Szwecji Juldagen to dzień ciszy i odpoczynku – spędza się go w gronie najbliższych, na spacerach, rozmowach i wspólnym byciu razem.

Dopiero drugi dzień świąt – Annandag jul przynosi więcej ruchu i aktywności. Właśnie wtedy, zaraz po śniadaniu, wybraliśmy się na wycieczkę do Storforsen, by ponownie zobaczyć te imponujące, dzikie wodospady. Zimą robią one ogromne wrażenie – dookoła leżały tony śniegu, było bardzo ślisko i mroźno, a mimo to słychać było potężny huk płynącej wody, która nie poddaje się zimie. To surowa, prawdziwa natura Północy.

Następnie pojechaliśmy w stronę Kåbdalis Skidliftar, niewielkiego, ale bardzo popularnego ośrodka narciarskiego, położonego wśród lasów i wzgórz. Panuje tam kameralna, lokalna atmosfera, idealna zarówno dla rodzin, jak i bardziej zaawansowanych narciarzy. Drogi w tych rejonach są w całości pokryte lodem i śniegiem – tutaj się ich nie odśnieża, a jazda wymaga doświadczenia i spokoju. Już po zmroku wróciliśmy do domu.

Czas minął zdecydowanie zbyt szybko i nadszedł moment powrotu do Polski. W sobotę rano wyruszyliśmy na lotnisko w Skellefteå, oddalone o około 97 km od Piteå. Tym razem Andrzej leciał razem ze mną, abyśmy wspólnie mogli celebrować Nowy Rok.

Ten świąteczny wyjazd był dla mnie wyjątkowy pod każdym względem. Surowa, zimowa Północ, cisza, światło nisko wiszącego słońca, wspólne chwile, tradycje inne niż nasze, a jednocześnie bardzo bliskie w swojej prostocie – wszystko to stworzyło niezapomniany klimat. Był to czas spokoju i bliskości. Piękne domknięcie roku pełnego podróży, emocji i zmian. Święta na dalekiej Północy na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako jedne z najbardziej magicznych.

Ten świąteczny wyjazd był dla mnie wyjątkowy pod każdym względem. Surowa, zimowa Północ, cisza, światło nisko wiszącego słońca, wspólne chwile, tradycje inne niż nasze, a jednocześnie bardzo bliskie w swojej prostocie – wszystko to stworzyło niezapomniany klimat. Był to czas spokoju i bliskości. Piękne domknięcie roku pełnego podróży, emocji i zmian. Święta na dalekiej Północy na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako jedne z najbardziej magicznych.

17-27.12.2025

Możesz również cieszyć się: