Jarmark Saamów w Jokkmokk, znany pod oryginalną nazwą Jokkmokks marknad, to wydarzenie absolutnie wyjątkowe. Odbywa się co roku na początku lutego i ma tradycję sięgającą 1605 roku, co oznacza, że trwa nieprzerwanie od ponad 400 lat. To jedno z najstarszych wydarzeń targowych w Skandynawii i jednocześnie jedno z najważniejszych spotkań kultury Saamów – rdzennych mieszkańców północy.

 

Naszą podróż rozpoczęliśmy jeszcze przed wschodem słońca z Piteå. Na tej szerokości geograficznej nie jest to szczególnie trudne — zimą wschody słońca są bardzo późno, zachody wcześnie, dzień jest krótki, a noc długa i głęboka. Droga była zaśnieżona, miejscami oblodzona, ale spokojna i niemal pusta.

Gdy w końcu pojawił się świt, odsłonił przed nami niezwykłe piękno zimowego krajobrazu. Drzewa stały całe w bieli, a ich gałęzie, uginające się pod ciężarem śniegu, pochylały się niemal ku ziemi. Niebo przybierało niesamowite, pastelowe barwy — od błękitu, przez różne odcienie różu, aż po liliowo-fioletowe tony. Światło brzasku zrobiło na nas ogromne wrażenie. Połączenie nieskazitelnej bieli śniegu z delikatnymi kolorami nieba tworzyło widok wręcz nieziemski, taki, który na długo pozostaje w pamięci.

Po drodze mijaliśmy dobrze nam znany Storforsens naturreservat — rezerwat przyrody, w którym znajduje się największy wodospad na rzece Piteälven. Nawet zimą Storforsen robi ogromne wrażenie: potężna rzeka nie zamarza całkowicie, a masy wody z hukiem przebijają się przez lód i śnieg. Zamarznięte bryzgi tworzą fantazyjne lodowe formacje, a całość emanuje dziką, północną siłą natury.

Następnie przejechaliśmy przez Kåbdalis, niewielką miejscowość znaną z kameralnego ośrodka narciarskiego. To miejsce szczególnie cenione przez miłośników spokojniejszego narciarstwa — z dala od tłumów, z dobrze przygotowanymi trasami i pięknymi widokami na otaczające lasy. Kåbdalis zimą wygląda jak pocztówka — cicho i biało.

Im dalej na północ jechaliśmy, tym krajobraz stawał się coraz bardziej surowy i dziki. W pewnym momencie musieliśmy się zatrzymać — na drodze pojawiły się renifery. To był moment, na który od dawna czekałam i o którym marzyłam. Widok tych zwierząt wywołał we mnie ogromną ekscytację, wzruszenie i autentyczne szczęście. Później jeszcze kilkukrotnie mijaliśmy stada tych pięknych zwierząt północy, spokojnie przekopujących śnieg w poszukiwaniu chrobotka reniferowego, ich ulubionego przysmaku. Czułam się, jakbym na chwilę znalazła się w zupełnie innym świecie — bliżej natury, ciszy i północnej magii.

Renifery są doskonale przystosowane do arktycznych warunków. Mają szerokie, rozłożyste racice, które działają jak naturalne rakiety śnieżne, oraz gęste futro chroniące przed mrozem. Co niezwykle ciekawe, zmieniają kolor oczu w zależności od pory roku — latem są złote, zimą przybierają niebieski odcień, co pozwala im lepiej dostrzegać porosty pod śniegiem w słabym, zimowym świetle. Warto też wiedzieć, że zimą rogi zachowują tylko ciężarne samice — pomaga im to bronić dostępu do pożywienia przed innymi osobnikami w trudnym okresie.

Dzień był piękny i słoneczny, choć mroźny. Jednak przy temperaturze około –13°C odczuwaliśmy wręcz ulgę — zwłaszcza że zaledwie dwa dni wcześniej słupek rtęci spadł do –20°C. Przy takich wartościach –13 wydaje się niemal… ciepłem.

Po drodze udało nam się również dostrzec stado pardw siedzących na drzewie. Te ptaki są mistrzami kamuflażu — zimą całkowicie białe, niemal stapiają się ze śniegiem. Są doskonale przystosowane do arktycznych warunków i potrafią przetrwać nawet najostrzejsze zimy.

Kilka kilometrów przed Jokkmokk przekroczyliśmy równoleżnik 66°33′38″ N — umowną granicę koła podbiegunowego. Zatrzymaliśmy się na parkingu i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy tablicy Polcirkeln — symboliczny moment każdej podróży na północ.

Około godziny 10:00 dotarliśmy do Jokkmokk — niewielkiego miasta, które jest sercem i duchowym centrum kultury Saamów. To miejsce, w którym tradycja jest wciąż żywa i obecna w codziennym życiu.

Od razu skierowaliśmy się na jarmark. Targowisko tętniło życiem — liczne stoiska, zapachy jedzenia, dźwięki rozmów i muzyki. Wystawcy oferowali rękodzieło, tradycyjne wyroby, biżuterię, noże, skóry, futra i przedmioty codziennego użytku.

Największe wrażenie zrobiły na mnie ubrania ze skór i futer — szczególnie czapki-uszanki z foczego futra i lisa, rękawice z foczej skóry oraz wysokie, wiązane buty, również wykonane ze skóry foki. Piękne, ale niestety okropnie drogie. Postanowiłam, że następnym razem przyjadę tu z odpowiednio grubym portfelem.

Ludzie północy od wieków noszą ubrania z naturalnych skór i futer — reniferów, fok, lisów czy owiec — bo to one najlepiej chronią przed przenikliwym zimnem. Na ulicach Jokkmokk co rusz spotykaliśmy osoby ubrane w ten sposób. Oczywiście nie mogło zabraknąć Saamów w ich tradycyjnych strojach: barwnych, bogato zdobionych, z charakterystycznymi haftami i dodatkami. Stroje te nie są jedynie ozdobą — kolory i detale często wskazują na region pochodzenia, status rodzinny czy przynależność kulturową. Saamowie to lud głęboko związany z naturą, reniferami, cyklem pór roku i tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

Oczywiście Andrzejowi w oczy od razu wpadły ręcznie kute noże myśliwskie — marzy, by kiedyś sprawić sobie taki egzemplarz. Myśleliśmy też o zakupie skóry z renifera do położenia na fotelu na balkonie. Dowiedzieliśmy się, że są dwa rodzaje futer: takie, które nadają się zarówno na zewnątrz, jak i do wnętrz, oraz te przeznaczone wyłącznie do środka — bardziej miękkie i delikatne. Skóry są tu częstym elementem wystroju wnętrz, nadającym im ciepły, przytulny charakter.

Można było kupić także wiele ręcznie wykonanych przedmiotów z rogów renifera i drewna: świeczniki, lampy, naczynia, rękojeści noży, noże do sera czy masła. Tym razem zdecydowaliśmy się na drobiazgi — wełnianą czapkę, rękawiczki i pamiątki w postaci magnesów. Andrzej powiększył swoją kolekcję solniczek i pieprzniczek o uroczy komplet w kształcie reniferów, umieszczony na drewnianej podstawce z elementem poroża. To już niemal tradycja — z prawie każdej naszej wycieczki wraca z nową parą solniczek i pieprzniczek, które z czasem pewnie staną się małą kroniką naszych podróży.

Uwielbiam etniczną biżuterię, więc gdy Andrzej zauważył błysk w moim oku, bez wahania sprezentował mi srebrne kolczyki Erica Huuva – ÁRBEVIERRU / TRADYCJA. To klasyczny, tradycyjny saamski design. Każdy element wykonywany jest ręcznie w Sápmi, ze srebra. „Árbevierru” oznacza „Tradycję” w języku północnolapońskim. Lśniące kolczyki-wisiorki są piękne, ponadczasowe i pasują zarówno do codziennych, jak i bardziej eleganckich stylizacji.

Po zakupach ruszyliśmy zwiedzać miasto. Odwiedziliśmy Ájtte – Szwedzkie Muzeum Gór i Lapończyków. To nowoczesne, świetnie zaaranżowane muzeum prezentujące historię, kulturę i przyrodę północy. Wystawy opowiadają o życiu Saamów na przestrzeni wieków — ich codzienności, relacji z naturą, hodowli reniferów, wierzeniach, rzemiośle oraz zmaganiach z surowym klimatem. W muzeum można zobaczyć bogate kolekcje tradycyjnych przedmiotów codziennego użytku, narzędzi myśliwskich i pasterskich, a także rękodzieła wykonanego z drewna, skóry i poroża renifera. Szczególnie zachwyciła mnie wystawa strojów Saamów z różnych regionów, ukazująca różnorodność krojów, kolorów i zdobień. Duże wrażenie zrobiła na mnie również ekspozycja poświęcona zwierzętom północy – realistyczne sylwetki reniferów, łosia, rysia, lemingów czy ptaków arktycznych pozwalały z bliska przyjrzeć się faunie tego regionu.

Następnie przeszliśmy w stronę kościoła w Jokkmokk nya kyrka, który mnie absolutnie urzekł. Świątynia została wzniesiona w latach 1887–1888 według projektu architekta Ernsta Abrahama Jacobssona. Jego strzelista wieża, duże okna zakończone ostrym łukiem, bogaty detal architektoniczny oraz pastelowo-żółta kolorystyka z białymi obramowaniami idealnie komponowały się z zimowym krajobrazem. Architektura kościoła łączy w sobie tradycję skandynawskiej zabudowy drewnianej z elementami gotyku — jest to drewniana budowla w stylu neogotyckim, która sprawia wrażenie, jakby pochodziła z innej epoki. Całość wyglądała jak wyjęta z bajki — niemal baśniowa w otoczeniu śniegu i błękitu nieba. Niestety kościół był zamknięty, więc mogliśmy podziwiać go tylko z zewnątrz.

Kolejne kroki skierowaliśmy nad jezioro Talvatis, gdzie można było skorzystać z krótkich przejażdżek psim zaprzęgiem (250 SEK), lotów helikopterem nad miastem i okolicą (550 SEK) oraz obejrzeć wyścigi reniferów, w których mógł wziąć udział każdy chętny. Psy zaprzęgowe były pełne energii, gotowe do biegu — silne, piękne i stworzone do tej pracy. Poza zaprzęgami muszą być trzymane oddzielnie, ponieważ bywają wobec siebie agresywne.

Wyścig reniferów był niezwykle emocjonujący. Nie spodziewałam się, że są to aż tak narowiste i szybkie zwierzęta. Na szczęście właściciele czuwali nad bezpieczeństwem i przechwytywali renifery po zakończeniu biegu.

Festiwal kultury saamskiej oferuje znacznie więcej atrakcji: koncerty joiku, pokazy tańców, rajd reniferów przez teren targowiska. To prawdziwe spotkanie z kulturą ludu północy. Niestety tym razem nie mogliśmy skorzystać ze wszystkiego. Jeśli uda nam się za rok znaleźć nocleg — co w tym terminie nie jest łatwe — z pewnością wrócimy, by lepiej poznać kulturę Saamów, która wydała nam się niezwykle interesująca i godna głębokiego poznania.

Czas jednak nieubłaganie płynął i musieliśmy wracać do domu. Droga była długa nie ze względu na dystans, lecz na warunki — śnieg, lód i szybko zapadający zmierzch. Wybraliśmy inną trasę powrotną, w kierunku Luleå. Po drodze zaobserwowaliśmy wychodzącą z lasu klępę, czyli samicę łosia — to już drugi raz, gdy udało nam się zobaczyć to majestatyczne zwierzę w naturalnym środowisku podczas naszych podróży po Szwecji.

Przejechaliśmy przez Boden — miasto o militarnych korzeniach, otoczone lasami i znane z historycznych fortyfikacji, dziś spokojne i uporządkowane.

Niespełna 20 km przed Piteå zauważyłam na niebie białe smugi. Podejrzewałam, że to może być zorza, choć nie byłam pewna. Andrzej przypomniał sobie radę kolegi z pracy, że najlepiej obserwować zorzę przez aparat w telefonie. Włączyłam aparat — i wtedy stało się jasne. Na niebie pojawiły się szmaragdowo-zielone światła. Andrzej zatrzymał się na parkingu Harrbäcken Södra, przy krańcu Storfjärden, i mogliśmy podziwiać w pełnej krasie zorzę polarną — światła północy.

To był wyjątkowy dzień, pełen niespodzianek: spotkań z reniferami, pardwami i łosiem, pierwszego bezpośredniego zetknięcia z kulturą Saamów oraz niezwykłego finału w postaci zorzy polarnej. Dzień pełen wrażeń, emocji i piękna, który na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

6.02.2026

 

Możesz również cieszyć się: